2018-07-20

Powrót oraz Legenda - część 1

Witajcie!

Pięć miesięcy. Tyle trwało zawieszenie blogowania na tej stronie. Pamiętacie mnie w ogóle jeszcze? :)

Na wstępie chciałbym za ten stan rzeczy przeprosić, szczególnie tych z Was, którzy śledzili regularnie losy Ymgraela i reszty. Pierwsza połowa tego roku była raczej "mało pozytywna", że użyję takiego eufemizmu dla dużo bardziej pasujących tu wyrażeń. Wydarzyło się trochę rzeczy, które bardzo skutecznie odciągały uwagę od blogowania, promowania Rady Ognia i wszelkiej innej aktywności związanej z pisaniem. Nie tak miały wyglądać te miesiące, ale trudno, stało się. Mleko się rozlało, zgodnie z powiedzeniem. Teraz, gdy - zgodnie z nadzieją - sprawy wychodzą na prostą, chciałbym wrócić do tego małego zakątku Internetu i kontynuować historię Ymgraela.

Dzisiaj jednak jest szczególny dzień. 20.07.2018 mija dokładnie 14 lat, odkąd uniwersum Świata Dwunastego powstało w swojej pierwotnej - tak różnej od obecnej - formie. Wspominałem już kiedyś o tym, przy okazji zapowiedzi Rady Ognia i historii tego, jak w ogóle zacząłem pisać (dla przypomnienia, jakby ktoś miał życzenie: KLIK!). Dziś więc ograniczę się tylko do stwierdzenia, że skoro to uniwersum towarzyszy mi już ponad połowę życia, to warto uhonorować to jakimś spin-offem, odwołującym się do czegokolwiek, co było na początku. To też dobra data na powrót do blogowania.

Chciałbym zaprezentować Wam dzisiaj pierwszą z kilku części spin-offa ze Świata Dwunastego, którego bohaterem będzie ktoś, kto wspomniany został już w Radzie Ognia (brak tutaj spoilerów fabularnych, ale tekst jest napisany głównie z myślą o osobach, które znają już trochę terminologię Świata Dwunastego. Gdyby coś było niejasne, zachęcam do skorzystania z leksykonu umieszczonego w Radzie Ognia, lub z możliwości pozostawienia komentarza - na wszystkie postaram się odpowiedzieć :) ). Nasz bohater - czy raczej jego pierwowzór -  był w pewnym sensie postacią, od której wszystko się zaczęło. Nie przedłużając, powiem jeszcze tylko, że w planach mam również inne opowieści, poświęcone postaciom, które pojawiły się w pierwszym tomie cyklu Boskiego Dziedzictwa. W najbliższym czasie pojawi się także kontynuacja Fantasmagorii.

Zapraszam do zapoznania się z pierwszą częścią Legendy i do przeczytania wkrótce! :)


Legenda - część 1


Ciemny zaułek wieczorową porą rozświetlany był jedynie przez niestabilne płomienie, buchające z pobliskiego koksownika, rzucające cienie, które pląsały w złowrogim tańcu. Pokryte szronem i spękane, ceglane ściany stanowiły dla nich scenę godną miejsca, w jakim się znajdowały. Ta część Nagardanu, jednego z większych miast na planecie Cixia, nigdy nie należała do najbezpieczniejszych, a w tej porze tutejszego cyklu pór roku, do wszystkich zagrożeń dołączała także pogoda. Dzielnica ta, posiadająca najstarszą zabudowę na całym globie, łączyła w sobie to co stare, z nowymi rozwiązaniami. Władze miasta od kilku lat stopniowo modernizowały wiekowe budownictwo i prowadziły szeroko zakrojoną inicjatywę mającą unowocześnić wszystko co możliwe, ale do zakończenia tych działań była jeszcze długa droga.
Stojąca pod jedną ze ścian postać obserwowała okolicę. Mężczyzna ten – Wetrom – miał na sobie ciepłą, podszytą futrem jednego z tutejszych zwierząt kurtę, grube spodnie w kolorze khaki, na dłoniach czarne rękawice, a na głowie nieco wypłowiałą, dawniej czarną bandanę, spod której tylko gdzieniegdzie wystawały krótko ostrzyżone, ciemne włosy. Mężczyzna miał lekko spłaszczony, szeroki nos, ostre rysy twarzy i wydatną szczękę. Nie był wysoki, ale przy tym – choć nie było to widoczne obecnie przez grubą odzież – poszczycić się mógł ponadprzeciętną muskulaturą.
Gdyby ktoś akurat przechodził przez zaułek, mógłby pomyśleć, że oparty o ceglaną ścianę człowiek jest jednym z biedniejszych mieszkańców planety, lub jakimś zakapiorem, czającym się w cieniu na potencjalną ofiarę. Jedynie co bardziej wprawne oko dostrzec by mogło, że strój Wetroma nosi ślady niedawnej walki: kilka mniejszych rozdarć, parę plam krwi, w tym jedna większa na lewym ramieniu mężczyzny. Obie ręce miał on zajęte. Prawą chował w przepastnej kieszeni kurty, ściskając w niej niewielki, lecz zabójczy pistolet. Lewą co kilka sekund zbliżał do ust, by zaciągnąć się z grubego cygara, które na dwie, może trzy sekundy rozświetlało mu wówczas blizny na twarzy.
Mijały kolejne minuty, cygaro się wypaliło, a mężczyzna wciąż trwał pod ścianą, obserwując otoczenie. Wyraźnie znudzony, sięgnął po kolejne cygaro. Gdy włożył jeden z końców do ust i sięgał po leżącą w jednej z kieszeni elektroniczną zapalniczkę, usłyszał za sobą cichy głos.
– Kiedyś to palenie wpędzi cię do grobu.
Mężczyzna uśmiechnął się, słysząc utarty, dzięki medycynie nie mający już pokrycia w rzeczywistości tekst. Mimo czujności jaką zachowywał i tak dał się podejść. Ale właśnie tego się spodziewał po osobie, z którą miał się spotkać. Zdziwiłby się, gdyby ją pierwszy wypatrzył.
– Świetnie! To znaczy, że jeszcze trochę pożyję – odpowiedział, po czym wyjął z ust niezapalone cygaro i schował je.
Z ciemności za nim, wyłoniła się szczupła, nieco od niego wyższa postać. Mimo mrozu, stojąca przed nim kobieta miała na sobie jedynie cienką kurtkę, zarzuconą niepozornie na niewyróżniające się niczym ubranie codzienne – była Władczynią Żywiołu Ognia, więc wszechobecny chłód nie robił na niej wrażenia. Mogła sama się rozgrzać, używając własnej mocy. Kobieta ta miała brązowe, średniej długości włosy, okalające zaokrągloną, dosyć atrakcyjną twarz, na której malowała się ostrożność.
– Nie śledził cię? Nie podrzucił lokalizatora? - zapytała, podchodząc bliżej i mierząc mężczyznę wzrokiem.
– Na tę chwilę wie tylko, że jestem nadal w Nagardanie. Jego drony obserwują wszystkie drogi wyjścia z miasta – mężczyzna odpowiedział, w kieszeni zabezpieczając pistolet i tam go pozostawiając, obie ręce mając już wolne.
– Niech sobie obserwują. Jesteś ranny? - Wetromka zapytała, widząc krew na jego ubraniu.
– Kilka zadrapań.
Przez parę sekund przyglądała mu się, zatrzymując wzrok na śladach walki na jego odzieży. W końcu wskazała głową bez słowa, by udał się za nią.
Szli w milczeniu, klucząc małymi alejkami, raz przecinając większą, nieco bardziej zaludnioną arterię miasta, by znów zagłębić się w labirynt tworzony przez budynki mieszkalne. Zaułki były tak podobne siebie, że mężczyzna szybko stracił orientację w otoczeniu, co zresztą było celem jego towarzyszki. Ewidentnie nie chciała, by wiedział, gdzie go prowadzi. W końcu, najwyraźniej będąc pewną, że jej się to udało, zatrzymała się przed wejściem do jednego z nieoznaczonych budynków – a przynajmniej Wetrom nie dostrzegł żadnej tabliczki z nazwą ulicy czy numerem tej jakże podobnej do innych, kilkupiętrowej konstrukcji.
– Wchodź, drugie piętro. - Trzymając drzwi, przepuściła go, omiatając ostatni raz wzrokiem okolicę, by upewnić się, że nikt za nimi nie idzie.
Wnętrze budynku było ogrzewane, więc od razu po wejściu, mężczyzna rozpiął kurtę i zdjął rękawice. Zamiast korzystać z nowoczesnej – szczególnie jak na wygląd budowli z zewnątrz – windy, skierował się do klatki schodowej. Już po chwili stali przed typowymi drzwiami wejściowymi do mieszkania, na których połyskiwała holograficzna cyfra osiem.
Przekraczając próg, oczom mężczyzny ukazał się widok bardzo zbieżny z jego wyobrażeniami. Dwa pokoje, kuchnia i łazienka stanowiące mieszkanie, urządzone były w podstawowym, wręcz minimalistycznym stopniu. Znajdowało się tam tylko to, co było niezbędne dla normalnego funkcjonowania w tym miejscu. Kilka tanich mebli, jedynie najważniejsze urządzenia elektryczne i surowy wystrój były wszystkim, czego można było się spodziewać po jednej z zapewne kilku kryjówek, które Wetromka posiadała na Cixii. Tu nie miało się odnaleźć luksusów, a bezpieczeństwo. I rolę azylu pełniło doskonale.
Gdy tylko jego towarzyszka zamknęła za nimi drzwi, mężczyzna zdjął ciepłą odzież. Rozpięta, czerwona koszula maskowała swoją barwą ślady krwi, jednak nie na tyle, by nie dostrzec, jak poraniony został. Tym bardziej, że biały podkoszulek tej funkcji absolutnie nie spełniał. Rana na lewym ramieniu, w miejscu obszernego rozdarcia odzieży, wciąż krwawiła.
– Zadrapania, co? - Wetromka rzuciła w jego kierunku, kręcąc głową.
– Bywało gorzej. Zaraz sobie to zatamuję.
– Rozbierz się, zajmę się tym - kobieta powiedziała poważnie wiedząc, że w oczach jej rozmówcy te rany naprawdę nie wyglądają poważnie. Znała jego przeszłość. Bywał w dużo gorszych tarapatach. Głęboka rana cięta na bicepsie faktycznie mogła być dla niego jedynie zadrapaniem.
Wetrom bez słowa zaczął wykonywać jej polecenie. Zdejmując odzież od pasa w górę, w pełnej okazałości zarysowała się rzeźba jego ciała. Nie był kulturystą, przesadnie napakowanym fanatykiem siłowni, lecz umięśnionym przez lata ciężkiego wysiłku fizycznego, zahartowanym w ogniu treningów i niezliczonych starć, byłym żołnierzem. Choć był niski jak na Człowieka, siłą i wytrzymałością zawstydzić mógłby niejednego, nawet mimo ponad czterdziestu lat na karku.
Blask słabej lampy padał na jego ciało, gdy – siedząc na niskim, prostym stołku – oddał się w ręce Wetromki, która zdążyła już przygotować sobie kilka przedmiotów, jakich zamierzała użyć do opatrzenia jego ran. Oboje milczeli, gdy dezynfekowała mu każdą z nich, w końcu jednak to ona przerwała ciszę:
– Umrzesz kiedyś przez tę błazenadę...
– Tullio, zdecydujże się, cygara, albo to. Nie można umrzeć dwa razy – odpowiedział żartem, choć minę miał niewzruszoną.
Stojąca za nim kobieta zmrużyła gniewnie oczy, dociskając mocniej gazę ze środkiem antyseptycznym. On jednak nie zareagował na to w żaden sposób.
– Masz zamiar z tym skończyć? To cię naprawdę wpakuje w końcu w szambo, z którego nawet ja cię nie wyciągnę.
– Nawet gdybym chciał, to nie mogę. Taką złożyłem przysięgę – Wetrom powiedział stanowczo.
– Celowe pozbawianie się możliwości obrony, to najgłupszy z pomysłów, na jaki mogłeś wpaść. A miewałeś już i inne. Zginiesz przez to! - Tullia naciskała.
– Bez przesady. Przecież on mnie nie zabije.
– Nie no, pewnie! - kobieta powiedziała głośniej niż dotychczas. - A te wszystkie rany to z miłości ci zadał! I z olbrzymiej troski rozesłał to swoje badziewie, żebyś nie mógł się nigdzie ruszyć! Jak ty w ogóle możesz w ten sposób myśleć?! Mało już razy cię sponiewierał?! Mało razy...
– Tullio... - mężczyzna wtrącił się jej w słowo. - Tullia!
– Co?!
– Mam pewność, że póki dotrzymuję przysięgi, on nie spróbuje mnie zabić. Poza tym zabierz tę dłoń, to parzy.
Tullia od razu cofnęła rękę z jego ramienia, na którym pozostał czerwony ślad o kształcie jej dłoni. Zawsze gdy się denerwowała, delikatnie traciła kontrolę nad mocą Żywiołu Ognia, która w takich chwilach sączyła się przez jej skórę, rozgrzewając wszystko, czego dotknęła. Tym razem skończyło się jedynie na oparzeniach pierwszego stopnia, lecz Tulli zdarzały się w życiu sytuacje, w których doprowadzała do zapłonu różnych przedmiotów, w tym własnej odzieży. Większość Władców Żywiołów potrafiła zapanować nad drzemiącą w nich potęgą nawet podczas chwili emocjonalnej słabości, lecz ona, poza treningiem podstawowym nigdy nie szkolona przez Radę Ognia, będąca jedną z tak zwanych Dzikich – Władców Żywiołu Ognia, którzy nie byli częścią Rady – do wielu rzeczy dochodziła sama. Może to nienabycie jakiejś umiejętności, a może ponadprzeciętnąamoc, jaką dysponowała, były powodem jej spontanicznych, zwykle nieszkodliwych wycieków energii Żywiołu.
– Przepraszam, Baltazarze – powiedziała spokojniej, powracając do opatrywania jego ran. - Ale nadal nie rozumiem, wyjaśnij mi to, proszę. Dlaczego sądzisz, że on cię nie zabije?
Mężczyzna uśmiechnął się. Trochę przez wzgląd na pytanie, a trochę na dźwięk swego imienia. Tak rzadko ostatnio miał okazję do rozmowy z kimś, kogo zna, że pomału zapominał już jak to jest, rozmawiać z osobą, dla której nie był anonimowym Wetromem, wrogiem, czy żyjącą legendą, a po prostu Człowiekiem.
– On chce mnie pokonać, a nie zabić. Nie może tego zrobić, jeżeli nie bronię się tak, jak wie, że mógłbym. Przy tym ma na tyle honoru, by to dostrzegać.
– On? Honoru? - Tullia prychnęła pogardliwie.
– W tym jednym, tak. Przecież próbuje to zrobić całe życie. Jakby teraz mnie tak po prostu zabił, zmarnowałby w pewnym sensie wszystkie swoje starania z wielu, wielu lat.
– To sadysta. Wiesz o tym – spojrzała mu w oczy, stając obok, by mieć lepszy dostęp do kolejnej rany.
– Tak. I na pewno sprawia mu satysfakcję to, że przed nim uciekam, zamiast stanąć do walki. Musi mieć dobrą rozrywkę patrząc na każdą kolejną porcję mojej krwi, którą przeleją jego drony. Ale nawet jakby miał zamiar mnie ćwiartować by zmusić do złamania przysięgi wiem, że mnie nie zabije – Baltazar mówił, pewien swych słów.
Oboje zamilkli na chwilę, pogrążeni w myślach. Tullia, używając nowoczesnych przyrządów do pierwszej pomocy i korzystając z własnej wiedzy, szybko przechodziła od jednej rany, do drugiej. Medycyna w Federacji Wetromów była na tyle rozwinięta, że jej twory – nieraz oparte o manipulacje genetyczne, czy bardzo proste, ale przy tym skuteczne formy nanotechnologicznej terapii – pozwalały na szybkie zasklepianie się ran. Nie każdego oczywiście było na to stać, ale Tullia w swoim życiu zrobiła i zarobiła przy tym wystarczająco, aby takie wydatki nie były dla niej czymś szczególnym.
– To może ktoś powinien się nim zająć? Nie możesz przecież wiecznie uciekać – powiedziała w końcu.
– I tym kimś miałabyś być ty? - Baltazar uśmiechnął się nieznacznie, nie patrząc jej w oczy.
– Na przykład. Uważasz, że nie dałabym rady? - zapytała unosząc podbródek.
– To nie tak, Tullio – Wetrom zaśmiał się pod nosem, słysząc zaczepkę w jej głosie. - Spośród znanych mi osób, ty jesteś jedną z niewielu, które miałyby szanse w walce z nim. Ale i ty go nie doceniasz. Może i nie włada Żywiołem, ale jego siłą jest intelekt, determinacja i jakaś doza szaleństwa, idąca z tym wszystkim w parze.
– Wypaliłabym te jego drony! Wiesz co umiem.
– Wiem, ale to nie tylko drony. On dysponuje sprzętem, jakiego nigdy nigdzie indziej nie widziałem. To nie są jakieś tam zabawki, a prawdziwe maszyny wojenne. Broń, która gdyby weszła do masowej produkcji, zmieniłaby i tak paskudne już oblicze wojen. Z resztą to wszystko i tak bez znaczenia, z jednego powodu. - Baltazar, patrząc dotychczas w głąb pomieszczenia, teraz przeniósł wzrok na twarz Tullii.
– Hm? - Mruknęła pytająco.
– To wciąż mój brat. Krew z mojej krwi. Nie pozwolę go zabić, choćby nie wiem jakim skurwysynem był.
– Srat nie brat! Przestał nim być, gdy pierwszy raz cię zaatakował!
– Może ty to tak widzisz. Dla mnie wciąż pozostaje rodziną. I na tym zakończmy temat, bo i tak do niczego więcej nie dojdziemy.
Tullia patrzyła na niego przez chwilę, po czym wzruszyła od niechcenia ramionami.
– Jak chcesz. I tak już kończę z tymi twoimi zadrapaniami, zasrany żołnierzyku od siedmiu boleści...
– Ładnie to tak obrzucać błotem legendę? - Baltazar zaśmiał się.
– Legendą to ty, kurwa, byłeś, kretynie! - Tullia znów podniosła głos, tym razem jednak najwyraźniej zamierzenie, gdyż jej dłonie nie parzyły w dotyku. - Byłeś moim idolem, dopóki nie przestałeś używać swojej mocy Żywiołu! Teraz jesteś zaszczutym przez rodzonego brata kolesiem, ukrywającym się na zapomnianej przez Najwyższego, skutej lodem skale, który wspomina swoje lata szalonej i heroicznej młodości, z własnej głupoty dziadziejąc z sobie tylko znanych powodów!
Choć jej słowa nie miały na celu ranić, a jedynie w typowy dla Tullii sposób poruszyć sedno problemu, dotknęły u niego czułej struny. Baltazar ściągnął mięśnie twarzy, momentalnie poważniejąc. Przygryzł jedną wargę, jego nozdrza nieznacznie się rozszerzyły, a wzrok utkwił w twarzy Wetromki. Po krótkiej chwili wciągnął głośno powietrze, poprawiając powoli bandanę na głowie.
– Złożyłem tę przysięgę, bo zrobiłem coś, czego konsekwencje będą się ciągnąć jeszcze przez lata. Nie oceniaj mnie, bo nie wiesz co sprowadziłem na świat przez własną głupotę. Przez brawurę, którą tak podziwiałaś!
– Tak!? To może mi wyjaśnisz?!
– Nie! - powiedział dużo mniej przyjemnym głosem, niż zamierzał. - W swoim czasie się wszystkiego dowiesz. Jak wszyscy... Poprzysiągłem do tego czasu nie używać mocy Żywiołu. To bez sensu, wiem. Ale tylko tak mogę odpokutować to, co zrobiłem.
Tullia patrzyła uważnie w jego twarz, sama nie zdradzając swych myśli. Trwała tak przez chwilę, po czym na jej ustach powoli zagościł nieznaczny uśmiech. Już sekundę czy dwie później śmiała się głośno, z rozbawienia pochylają sylwetkę.
– Nie wiem co masz w tych swoich cygarach, ale zmień dostawcę! - Rzuciła z rozbawieniem. - Dziadek z ciebie się zrobił, już nie jesteś taki ważny, jak dawniej! A i wtedy miałeś za wysokie mniemanie o sobie, ale przynajmniej poparte potęgą. A teraz? Spójrz na siebie, Baltazarze! Od dwóch dekad ciągniesz tę szopkę, więc nawet bym się nie zdziwiła, jeżeli zwyczajnie zapomniałeś jak rozpalić płomień mocy, którą władałeś. Ale niech ci będzie, nie drążę tematu.
– Dzięki, Tullio – Wetrom powiedział bez przekonania.
Zamilkli na chwilę. Baltazar, przez cały czas opatrywania jego ran, ani razu się nie skrzywił z bólu. Był do niego przyzwyczajony. W zamyśleniu obserwował, jak Tullia zajmuje się ostatnimi obrażeniami. Takimi, które pozostawione w spokoju same szybko by się zasklepiły. Kobieta ta jednak zawsze miała perfekcjonistyczne naleciałości. Nie lubiła pozostawiać rzeczy niedokończonych. A Baltazar nie miał ochoty jej teraz przerywać. W głębi serca cieszył się, że przestała na niego naciskać. Wiedział, że ma trochę racji w tym co mówiła. Mimo to uważał, że łatwo jej wysnuwać takie wnioski, gdy pozbawiona była całego kontekstu i wiedzy, którą on posiadał.
– No, jesteś z grubsza połatany – rzekła, prostując się i z zadowoleniem patrząc na opatrunki, które mu założyła. - Ja uciekam. W kuchni masz trochę liofilizowanej żywności i jakieś konserwy. Jutro przyniosę ci coś więcej, na razie musi wystarczyć to, co jest.
– Dzięki raz jeszcze.
– Drobiazg. Wkurzasz mnie, ale wciąż się przecież przyjaźnimy, dziadu – Tullia szturchnęła go koleżeńsko w ramię. - Jakby działo się coś poważnego, to dzwoń na mój komunikator, ale to ostateczność. Najlepiej nie wychylaj się stąd w ogóle, siedź cicho i nie naprzykrzaj się sąsiadom.
– Umiem się ukrywać – Baltazar powiedział z przekonaniem, patrząc jej w oczy.
– A mimo to jakoś cię namierzył. Ciekawe, co? - odparła z przekąsem.
– Każdy popełnia błędy. – Po chwili wzruszył ramionami, gdy Tullia kierowała się już do drzwi.
Wetromka zatrzymała się, z dłonią niemal przyłożoną do elektronicznego systemu zabezpieczającego wejście. Spojrzała na niego nieodgadnionym wzrokiem. Stała tak przez chwilę, nie mówiąc nic, po czym bez słowa wyszła z mieszkania, cicho zamykając za sobą drzwi. Automatyczne zamki zadziałały z niemal niesłyszalnym kliknięciem.
Baltazar westchnął, wypuszczając mocniej powietrze z płuc. Zebrał, dotąd rozrzuconą bez ładu, pokrwawioną odzież i rzucił ją na podłogę w łazience, z zamiarem późniejszej próby wywabienia plam. Wiedział, że koszula i podkoszulek mają mechaniczne uszkodzenia, których nie zdoła naprawić, ale na tę chwilę były to jego jedyne ubrania. Miał nadzieję, że Tullia domyśli się, by nazajutrz przynieść mu coś normalnego. Nieco później jednak z ulgą odnalazł w szafie trochę odzieży, głównie kobiecej, którą jego dawna znajoma pozostawiła w tej kryjówce. Najwyraźniej zawczasu przewidziała, że kiedyś to on może tu trafić, gdyż pośród bezsprzecznie jej ubrań, znalazł także jeden pełny komplet męskiej garderoby, trochę na niego za duży. Nie stanowiło to jednak dla Baltazara najmniejszego problemu.
Mijały kolejne kwadranse, w czasie których Baltazar bez pośpiechu przeglądał mieszkanie, starając się ustalić, czym dokładnie dysponuje. Bardzo żałował, że nie może obecnie wrócić do dotychczasowego schronienia. Co prawda w pułapkę zastawiona przez drony jego brata wpadł na zewnątrz, nie miał niestety pewności, czy kryjówka ze wszystkimi jego rzeczami pozostała niewykryta. A obecnie nie miał zamiaru tego sprawdzać. Nie byłby to zresztą pierwszy raz, gdy zmuszony sytuacją, porzucał niemal wszystkie, nieliczne przedmioty, jakie posiadł. Najważniejsze z nich – te, których właścicielem stał się wiele lat temu – i tak były ukryte, w zasadzie niemożliwe do wyśledzenia. Artefakty Żywiołu Ognia, broń z Yvrillu, pamiątki z czasów Pierwszej Inwazji Oekletho i wszystko inne, co w tamtym czasie miało dla niego znaczenie, spoczywały skryte przed niepożądanymi osobami na jednej z planet Federacji Wetromów, w nieoznakowanym miejscu. Tylko on, Baltazar Joe wiedział o nich i był pewien, że gdy nastanie czas, a jego przysięga dobiegnie końca, odzyska wszystko to, co porzucił przed laty.
Dopiero teraz, gdy poczuł się względnie bezpieczny, poczuł zmęczenie mięśni. Krążąca w jego żyłach adrenalina zanikała z każdą minutą, wyjawiając jak dużym obciążeniem dla organizmu Baltazara była walka z dronami i późniejsza ucieczka przed kolejnymi. O mały włos nie został pojmany. W ostatniej chwili zdążył rozwiązać sprawę przy pomocy swojego pistoletu energetycznego. Broni, będącej jedynym przedmiotem sprzed lat, który ośmielił się zostawić przy sobie, a która to już nie raz uratowała go z tarapatów. Tu, na Cixii, mógł czuć się względnie anonimowy, przy odrobinie finezji unikając sprowadzania na siebie uwagi. Niestety to samo dotyczyło każdego. Na większości planet Federacji, walka jaką Baltazar stoczył w jednym z zaułków Nagardanu z maszynami jego brata, szybko ściągnęłaby uwagę S.W.O.R.P., trafiając momentalnie do lokalnych mediów. Tutaj to wszystko nie działało w ten sposób. Wiedział, że informacje o walce rozejdą się, sprawą zainteresują się funkcjonariusze komórki antyterrorystycznej S.W.O.R.P., ale jednocześnie miał pewność, że sprawa zaginie w gąszczu innych, podobnych. Cieszył się, że ma tutaj zaufaną przyjaciółkę, na której pomoc mógł liczyć. Gdyby nie Tullia, bez wątpienia ścigające go drony w końcu odniosłyby sukces. Wetromka miała rację. Baltazar mógłby bez problemu sobie z nimi poradzić, pod warunkiem, że skorzystałby ze swojej mocy Żywiołu Ognia. Nie mógł jednak. Był jednym Wetromem, który znał mroczną prawdę, kryjącą się za jego przysięgą nie korzystania z Żywiołu. Jedynym, który wiedział, że przypisywana mu łatka legendy, ma poważną skazę. Wiedzial też, że świat w końcu dowie się o wszystkim. Baltazar jednocześnie wyczekiwał tego momentu, jak i lękał się tego. Wiedział, że to wszystko zmieni.
Było już późno w nocy, gdy półleżąc na prostej kanapie, popijał ze szklanki wodę, rozmyślając o dawnych czasach. Przez ostatnie lata niemal co dzień powracał myślami do czasów, w których był innym człowiekiem. Gdy wszystko wydawało się tak proste. Tego dnia jednak nie wspominał wczesnej młodości, czy momentu, w którym odkrył, że jest Władcą Żywiołu, co na zawsze zmieniło jego życie. Myślał o czasach Pierwszej Inwazji Oekletho, wielkiego konfliktu zbrojnego, zakończonego dwie dekady temu. Wojny, w czasie której okrzyknięty został bohaterem Federacji. Wydarzeń, które zamieniły go w żyjącą legendę i przez które na prawie każdym świecie Wetromów obecnie znajdowało się chociaż jedno miejsce nazwane na jego cześć, jego przydomkiem. Aleje Żołnierza Joe, pomniki Żołnierza Joe, budynki użyteczności publicznej imienia Żołnierza Joe powstawały do tej pory, w swym gronie mieszcząc nawet jedno cywilne lądowisko promów kosmicznych, którego miał być patronem. Choć on sam wycofał się z życia publicznego wkrótce po Pierwszej Inwazji, legenda o nim żyła nadal. Baltazar czuł całą gamę emocji, na wspomnienie tamtych czasów. Obok wielu, z perspektywy czasu strasznych zdarzeń tamtego okresu, heroicznych starć i niezapomnianych momentów chwały, wojna przyniosła Baltazarowi również wąskie, ale lojalne grono przyjaciół. To właśnie wtedy poznał Tullię O`Harę. W tamtym czasie tak podobną do niego, młodą Władczynię Żywiołu. Baltazar, czując ciężar na powiekach, ostatkami świadomości zamroczonej przez sen, przypominał sobie dzień, gdy po raz pierwszy spotkał Tullię. Pamięć o tym nie wyblakła ani trochę, jakby miało to miejsce zaledwie wczoraj. W końcu, przechodząc płynnie od świadomych wspomnień do wyjątkowo realistycznego snu, ujrzał tamten dzień raz jeszcze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz