2018-08-08

Rozdział 6 / 4

[...]
Przestrzeń wokół Ymgraela zawirowała, przemieniając się w zmienną, wielobarwną plątaninę światła i cienia. Akolita nie dostrzegał żadnych punktów odniesienia, lecz niemal od razu spostrzegł, że jego rozmówca zniknął. Fons przepadł, choć jego obecność wciąż była wyczuwalna. Jakby w odpowiedzi na spostrzeżenia Ymgraela, z każdej strony zabrzmiał donośny głos istoty, na której łasce obecnie się znajdował.
– Żebyś mnie dobrze zrozumiał, robalu, najpierw przypomnijmy sobie, czym właściwie jest świadomość. Uczyli cię o tym w tym waszym Kolektywie? - zapytał Fons.
– Możliwe – Ymgrael odpowiedział wymijająco, obserwując bacznie otoczenie.
– Czyli nie uczyli. - Choć go nie widział, akolita był pewien, że dawny salmarn się uśmiechnął. - Widzisz, to coś więcej, niż myślisz. Bo czy świadomość to zaledwie zdawanie sobie sprawy z własnego istnienia?
Przez wielobarwny wir przemknęły obrazy, jak zdjęcia wyrwane z albumu, rozrzucone bez żadnego wyraźnego kontekstu. Wszystkie przedstawiały chwile z życia Pygraeli. Wspomnienia, do których Fons miał najwyraźniej niczym nieskrępowany dostęp. Ymgrael postanowił odpowiedzieć milczeniem na pytanie istoty.
– Nie. To coś więcej. A może świadomość to po prostu inteligencja, naturalny instynkt, spryt, którym kierują się istoty żywe? - Wokół zamigało więcej obrazów z przeszłości Pygraeli. - Znowu nie! To może świadomością jest zwyczajnie życie? Tchnienie, które sprawia że ten cały zwierzyniec istot śmiertelnych prowadzi swoje nędzne egzystencje? Widzisz, robalu, również nie!
Niespodziewanie świat przestał wirować, feeria barw zniknęła, wspomnienia Pygraeli przestały się ukazywać. Zastąpił je jeden widok: zachód słońca nad bezkresem wód oceanu, barwiący wszystko szkarłatem.
– Świadomość jest jak ta gwiazda – Fons kontynuował swój monolog. - Gdy ono zachodzi, w oczach śmiertelnych znika, przestaje istnieć. Ale przecież wciąż tam jest, choć skryte przed waszymi krótkowzrocznymi zmysłami. Świadomość to granica między życiem i śmiercią, między tym co materialne, a tym co eteryczne. To siła, czerpiąca garściami ze świata duchów i wprowadzająca chaos swych rządów w domenach śmiertelnych.
– Jak Magia Snu – Ymgrael odezwał się, patrząc jak ostatnie promienie słońca nikną za horyzontem, pozostawiając jedynie łunę na nieboskłonie.
– W końcu coś mądrego padło z twoich ust, insekcie! Tak, masz rację! Zupełnie jak Magia Snu. Dlatego, bo świadomość każdej istoty pochodzi właśnie od tej potęgi zespalającej Wieloświat. To dlatego nawet tak nędzne umysły jak wasze, są w stanie we śnie podróżować do innych Kręgów i spotykać w ten sposób ich mieszkańców, jeszcze podlejszych od was. Świadomość i Magia Snu są nierozerwalne i wieczne!
– Ale jaki to ma związek z czymkolwiek, co trzyma nas obu w umyśle Pygi?! Miałeś ponoć opowiedzieć coś o sobie. Chcesz pokazać, że posiadasz świadomość? Brawo, ustaliłem to już przy naszym pierwszym spotkaniu! - Ymgrael czuł narastającą w nim irytację na całokształt sytuacji.
Widok oceanu i czarniejącego nieba zniknął równie szybko, jak jeszcze chwilę wcześniej się pojawił. Ymgraela otoczył całkowity mrok, niezmącony najdrobniejszym promykiem światła. Gdyby nie głos Fonsa, który znów przemówił niemal od razu po zmianie scenerii, panowałaby tu nienaturalna, całkowita cisza.
– Mówiłem ci już, że bez tego mnie nie zrozumiesz. Czy wy, śmiertelnicy, nigdy nie słuchacie? Rozejrzyj się. Co widzisz? - Fons odpowiedział z rezygnacją w głosie.
– Nicość.
– Dobrze. To początek, świat twój i mój, zanim zyskaliśmy świadomość. A teraz, co widzisz?
Z mroku wyłoniły się niewyraźne kształty. Początkowo nieprzypominające niczego, szybko zaczęło formować się w zarys szczytów górskich, skalnych potoków, dziewiczych lasów, łąk i polan, nieba zasnutego chmurami, stad dzikich zwierząt, ptactwa przemierzającego przestworza.
– Widzę naturę w pierwotnej formie – Ymgrael postawił na ogólnikowe odpowiedzi. Nie wiedział do czego zmierza Fons, a nie chciał przypadkiem dać mu do ręki dodatkowych argumentów, gdyby powiedział coś nieodpowiedniego.
– I tu też masz rację, robalu. To jest to, co towarzyszyło mi przez niezliczone lata, odkąd zostałem obdarzony świadomością przez mojego ojca. No, przynajmniej przez większość tego czasu. Widzisz, Faonoes – czy jak to wy go nazywacie: Wichrowy Sen – stworzył nas w zasadzie w jednym celu. Jeżeli dobrze pamiętam twoją rozmowę z tymi magicznymi pokrakami, których nazywasz swoimi przyjaciółmi, to nie wiecie w jakim, hm?
– Niestety.
Satysfakcja Fonsa była niemal namacalna. Cieszyło go wyraźnie, że Kolektyw Fantasmagoryków nie znał przeznaczenia istot takich, jaką był przed swoją przemianą.
– Przygotuj w takim razie swój tępy móżdżek na przyjęcie tej wiedzy, nędzna istoto – Fons zaśmiał się. - Faonoes stworzył salmarny po to, by móc łatwiej zaglądać na drugą stronę. Uczynił nas istotami duchowymi, zakotwiczonymi w świecie materialny tylko przez te przeklęte rdzenie. Skazał nas na wieczną wędrówkę przez sny innych istot, nakazał troszczyć się o ich spokój ducha. Bo w ten sposób, poprzez salmarny podłączone do snów innych stworzeń, rozrzucone po całym Kręgu Pierwszym, mój zafajdany ojczulek mógł bez wysiłku przenosić swój własny umysł do domeny istot, które przeszły już granicę śmierci.
Widok pięknej, dziewiczej natury gwałtownie zmienił się w coś, co w pierwszej chwili zmroziło Ymgraela. Wszystkie zmysły akolity zostały zalane niekończącą się falą obrazów, zapachów, dźwięków, smaków, a nawet wrażenia dotykania tysiąca przedmiotów naraz. Ogrom tego wszystkiego był tak duży, że umysł Fantasmagoryka nie nadążał z przetwarzaniem bodźców. Prawdziwy chaos, z którego nie sposób było wyłowić czegokolwiek konkretnego trwał tylko przez kilka szybkich uderzeń serca. Wystarczyło to jednak, by Ymgrael odczuł fizyczny ból. Miał wrażenie, jakby jego własna świadomość została mu zabrana, wyparta przez to, czego doświadczył, a umęczony mózg wysyłał ostatnie spazmatyczne impulsy cierpienia przez całe jego ciało. W tej krótkiej chwili stracił panowanie nad własnymi myślami. Zapomniał, że znajduje się wewnątrz snu Pygraeli. Nie pragnął nawet, by to się skończyło. Jedynie cierpiał.
Tak, jak nigdy wcześniej.
Wszystko zniknęło tak samo nagle, jak się pojawiło. Napływająca powoli świadomość wracała, jakby przeciskana na siłę przez zbyt mały otwór. Gdy Ymgrael wrócił do siebie stwierdził, że jego duchowa emanacja, w formie której przebywał w jaźni Pygraeli, leży skulona na posadzce pogrążonego w półmroku pomieszczenia. Dwie pochodnie zatknięte na przeciwległych ścianach rzucały rdzawe światło na swoją bezpośrednią okolicę. Akolita podniósł się z ziemi, czując wciąż echa bólu, którego doświadczył. Z trudem oddychał – choć oczywiście wewnątrz snu powietrze nie było mu potrzebne.
– Niezapomniane wrażenie, prawda? - Z mroku wyłoniła się słabo oświetlona postać.
Ymgrael patrzył, jak zbliża się do niego Fons, pod postacią jego matki. Na twarzy Mevgraeli Jaaranoh malował się grymas wyrażający jednocześnie satysfakcję i odrazę.
– To, młody akolito Kolektywu, było dokładnie tym, co ja odczuwałem jako salmarn - Mevgraela rzekła, stojąc twarzą w twarz z Ymgraelem, po czym w sekundę jej ciało rozmyło się, jakby uczynione było z mgły.
– Dzień po dniu. – Głos Kahyssa dobiegł zza pleców Ymgraela.
– Zawsze tak samo. - Akolita usłyszał szept Nerany tuż obok swojego prawego ucha.
– Przez całe godziny! - Bolesny krzyk Pygraeli dobiegł z lewej strony.
Pokój zadrżał, gdy Fons znów się odezwał. Tym razem krzykiem pełnym złości i gniewu. Głosem stu gardeł, z których kilka Ymgrael rozpoznawał jako swoich znajomych:
– Właśnie to czułem, kiedy mój pieprzony ojczulek używał nas, salmarnów! Gdy zaglądał do domeny zmarłych, nasze zmysły były zalewane ich zawodzeniem! Nieskończone rzesze istot, które przekroczyły granicę, ich ból, radości, cierpienia i zwykłe, nudne chwile! Wszystko zlane w jeden potok, jak rwąca rzeka wypłukująca z ciebie wszystko co możliwe!
Z ciemności naprzeciw Ymgraela znów wyłonił się Fons, tym razem pod postacią sobowtóra akolity. Na twarzy fałszywego Ymgraela widniała determinacja. Brwi miał ściągnięte, a mięśnie twarzy napięte, dając wyraz emocjom.
– To trwało przez niezliczone lata. Każdy salmarn doświadczał tego samego, w tym samym momencie. Każdy z nas służył Faonoesowi w sposób, do którego nas stworzył. Nie wiedzieliśmy wtedy, że to co robił, było złe. Nie mieliśmy porównania. Jako istoty osadzone w świecie duchowym, skupiające się na domenie śmierci, bardzo mało uwagi przywiązywaliśmy do egzystencji żyjących. Gdyby nie fizyczna natura naszego ojca, najpewniej uczyniłby nas całkowicie pozbawionymi czegokolwiek, co można by nazwać ciałem.
– Dlatego uważano was za byty pozbawione inteligencji – zauważył Ymgrael, z trudem formując zdanie.
– Nie byliśmy wami zainteresowani. I nadal nie jesteśmy jako, w pewnym sensie, gatunek. Sytuacja salmarnów zmieniła się, ale niemal wszyscy przemierzają swoją świadomością tamtę stronę.
Ymgrael i Fons w jego postaci stali naprzeciw siebie, w odległości około półtora metra. Na twarzach obu migotało światło z pobliskich pochodni, wydobywając część tych samych rysów twarzy, inne skrywając w cieniu. Prawdziwy akolita powoli pokiwał głową stwierdzając, że trochę żal mu Fonsa.
– Jeżeli to prawda, to właśnie wpisałeś salmarny na listę istot, którym najbardziej współczuję – Ymgrael powiedział pół żartem.
– O, robal mi współczuje, co za zaszczyt! – Fons zakpił. Ymgrael puścił to mimo uszu.
– Co takiego jest w tobie specjalnego, w takim razie? Przecież z jakiegoś powodu wyróżniasz się tak bardzo spośród innych salmarnów.
Fons pod postacią Ymgraela uśmiechnął się. Nie zmieniał już scenerii, najpewniej dobrze wiedząc, że umysł akolity poważnie doświadczył ostatniego pokazu. Dla dobra dalszej rozmowy pozostał w ciemnym pokoju, który po wcześniejszych doznaniach koił trochę nerwy.
– Wichrowy Sen nie utworzył nas wszystkich takimi samymi. Zapewne przypadkiem. Bogowie też nie są doskonali. Popełniają błędy. W jego przypadku taki, który zmienia wszystko. - Fons przespacerował się kawałek na bok. - Podczas gdy większość salmarnów była i jest ślepo zapatrzona w świat umarłych, niektórzy z nas przejawiali nieco większe zainteresowanie sprawami żywych. Trochę bardziej skupialiśmy się na tym, jak oni korzystają ze świadomości. Co i jak na nich wpływa, czemu tak kurczowo trzymają się życia, skoro po śmierci czeka ich bezkres czasu i rzeczy, które do tej pory widywali tylko w snach? I niektórzy z nas w końcu zauważyli, że Faonoes codziennie robi nam krzywdę. Nie żeby pchnęło to salmarny do jakichkolwiek działań. Ja sam też pozostałem wierny ojczulkowi. Bo i jaki miałem wybór? Do tego przecież zostałem stworzony.
– Dalej zgadzałeś się na takie wykorzystywanie? - Ymgrael uniósł nieco brwi.
– To nie była kwestia zgody, czy niezgody. On robił co chciał, nie pytał nas, czy tego chcemy. Mówię ci, robalu, stworzył nas tylko w tym celu. Jako cholerne łączniki z domeną zmarłych! Nie miałem jak się zbuntować, nie mogłem powiedzieć „nie”. Ale - jak mam nadzieję, że się domyślasz – tylko do czasu.
– Niech zgadnę, mniej więcej dziewięćdziesiąt lat temu? - Ymgrael zapytał, przypominając sobie, że to właśnie w tamtym okresie ostatnio widziano bożka zwanego Wichrowym Snem.
– Mogło tak być. Ja trochę inaczej postrzegam czas. Gdy istnieje się tyle tysiącleci, żywot śmiertelników wydaje się nic nieznaczącym mgnieniem. Po was przyjdzie kolejne robactwo, a potem kolejne i jeszcze następne. Ale tak, to będzie jakieś niecałe sto lat, odkąd zmieniłem się w to, czym jestem teraz – Fons odpowiedział jakby od niechcenia.
– A jaki to ma związek ze zniknięciem Faonoesa? - Ymgrael zmrużył oczy zakładając, że odpowiedź jakiej się spodziewał, jest jednak zbyt mało prawdopodobna, biorąc pod uwagę naturę Wichrowego Snu i salmarnów.
Jakby wiedząc o czym akolita myśli, Fons uśmiechnął się w złowrogi sposób. Wykorzystał chwilę by zmienić swoje oblicze. Przed Ymgraelem znów stał Hamal Kahyss, w swojej szacie Fantasmagoryka.
– Niedługo przed tym, co doprowadziło do mojego obecnego stanu, stało się to, co czeka kiedyś każdego salmarna. Mój rdzeń znajdował się daleko na południu tego globu, w pełnym życia paśmie gór Saabara. Zamieszkujący tam Deburowie mieli najwidoczniej dosyć moich psot w ich snach. Nie powiem, czasem może rzeczywiście trochę przesadziłem. Ale ja jeden sprowadzałem koszmary? Ja jeden doprowadzałem do obłędu? Wasz świat jest pełen istot o wiele gorszych, ale nie! To właśnie mojego rdzenia zawzięcie szukali przez kilka lat! No i znaleźli w końcu, kurwie syny...
– Naprawdę myślisz, że nie zasłużyłeś, by cię szukali? Chyba jesteś świadom tego, co robisz Pydze? Sam tyle doświadczyłeś, to powinieneś wiedzieć jakie cierpienie sprowadzasz – Ymgrael rzekł ostro.
– A daj spokój! - Fons pod postacią Kahyssa machnął ręką ze złością. - Kilku zwariowało, kilku zginęło, wielka mi rzecz. Każdy w waszym świecie zabija inne istoty. Rośliny nierzadko żywią się innym organizmami, zwierzęta pożerają siebie nawzajem i to, co zrodzi ziemia, a wy „inteligentne” stworzenia? Wy dajecie tu najlepszy pokaz tego, że w świecie żywych, najbardziej liczy się własne życie. Ale nic to, Deburowie widać uważali podobnie jak ty. Jak mówiłem w końcu znaleźli mój rdzeń. Na szczęście nie bardzo wiedzieli jak go zniszczyć.
– Uwięzili cię? - Ymgrael zapytał, mając na myśli przywiązanie salmarna do umysłu jednej tylko istoty w ten sam sposób, jak Fons teraz przytwierdzony był do księżniczki Pygraeli.
– Tak. Rok czasu musiałem oglądać sny psa. A właśnie, Fantasmagoryku, wiesz o czym śnią psy?
– Chyba wiem do czego dążysz. Czy naprawdę musimy...
– Tak, no przecież masz mnie poznać! No więc przez rok czasu przynajmniej raz na dzień w jego snach musiałem oglądać jak liże sobie zadek, albo obwąchuje te innych psów. I oczywiście nie mogłem go zabić, bo by zaraz przykleili mnie do jakiejś ropuchy, albo jeszcze czegoś zabawniejszego. A tak chociaż nie wyrządzałem im już szkody, więc chyba stracili początkowy zapał do niszczenia mojego rdzenia. I w końcu zjawił się mój ojczulek. Był akurat w tamtej okolicy. Czuł, że jeden z jego łączników jest zagrożony, więc przyszedł znów ukryć mój rdzeń.
– Rozumiem, że nie udało mu się. Deburowie pokonali Faonoesa? - Ymgrael zapytał.
– Nie udało się, dobrze myślisz. Ale co tam się wtedy działo! - Fons wyraźnie ekscytował się na wspomnienie tamtych wydarzeń. - Faonoes zawsze unikał konfrontacji, bronił się tylko w ostateczności. Ale przy tym był dumną istotą. Bożkiem nieznoszącym, gdy ktoś robił coś wbrew jego woli. I zawsze wymuszał swoją rację, w ten czy inny, niekrwawy sposób. Wykradnięcie rdzenia z siedliska tych prymitywów, Deburów, musiało wydawać mu się bardzo proste. I takie zapewne by było, gdyby nie to, że wcześniej zdobyli trochę wiedzy o Magii Snu przez te zabawy ze mną. Gdy ojczulek się zjawił, Deburowie zorientowali się, że chodzi o mój rdzeń. Nie wiedzieli przeciw komu się buntują i zaatakowali Faonoesa Magią. Ten chyba w końcu uznał, że jest to jedna z tych „ostateczności”, kiedy powinien się bronić. Widziałem wszystko oczami tego psa, w którym mnie uwięzili.
– Faonoes poległ?
– A gdzie tam! Najpierw próbował ich odstraszyć, rozpędzić. W którymś momencie Deburom udało się rozgryźć taktykę mojego ojczulka i znaleźli lukę w jego obronie. Gdy otrzymał silny, magiczny cios, który każdego śmiertelnika uśmierciłby na miejscu, tatko się wkurwił.
Mrok pokoju zaczął znów się zmieniać. Jego miejsce zastąpił coraz wyraźniejszy, czerwieniejący widok płonącej krainy. Zniszczone domostwa, drzewa wyrwane z korzeniami, trójnożne zwłoki martwych Deburów, poległych w miejscach, w których dosięgnęła ich Magia bożka snu.
– Wymordował ich w mgnieniu oka, gdy tylko uznał, że po dobroci z tymi robalami do niczego nie dojdzie. Mój ogoniasty nosiciel uniknął śmierci. Przynajmniej do momentu, aż Faonoes podszedł do niego. Chwila, w której odłączył mój rdzeń od futra tego pchlarza była jedną z lepszych w czasie mojego istnienia. Znowu byłem wolny. I po raz pierwszy mój umysł zetknął się bezpośrednio z umysłem mojego twórcy.
Fons pod postacią Kahyssa stanął tuż naprzeciw Ymgraela, patrząc mu w oczy. Jego twarz wyrażała głęboką satysfakcję i pewność siebie. Jednocześnie pojawiło się na niej coś złowrogiego. Jakby grymas okrucieństwa wywołany dawnym wspomnieniem.
– Bardzo zmęczonego i rannego twórcy – Fons wycedził przez usta Kahyssa, patrząc wymownie na akolitę.
– Zabiłeś własnego ojca? - Ymgrael pokiwał głową ze zrozumieniem. Wiedział już, że Fons byłby do tego zdolny, mimo to uświadomienie sobie, że tak właśnie mógł wyglądać kres życia Wichorwego Snu, napawało go trwogą.
– Przecież nie zrobiłbym tego komuś, komu zawdzięczam to, że istnieję. Za kogo ty mnie masz, robalu? Poza tym wciąż byłem tylko salmarnem. Zabicie bożka nie jest tak proste. - Fons uśmiechnął się mrocznie, nie oczekując odpowiedzi. - O nie, Faonoes nie zginął z mojej ręki. I nie zginie nigdy, póki ja istnieję. Zamiast pozwolić by jego potęga się zmarnowała, postanowiłem nadać jej nowe zastosowanie.
– Nie chcesz chyba powiedzieć, że... - Ymgrael cofnął się o krok, łącząc w końcu wszystko w jedną całość.
Jak mogłem być tak ślepy?! Jak mogłem tego nie zauważyć?! Przecież to salmarn! W inny sposób nigdy nie posiadłby takiej mocy!
– Wchłonąłem go. Kawałek po kawałku rozrywałem jego świadomość i łączyłem ją na nowo wewnątrz własnego umysłu. Spijałem każdą kroplę magii, która sączyła się z jego ciała wprost do mojego rdzenia. Zrozumiałem, jak to jest, być bóstwem! A Faonoes? - oczy Fonsa zalśniły czerwonym blaskiem, gdy uśmiechnął się z okrucieństwem. - Wciąż żyje we mnie, zamknięty w magicznym, mentalnym więzieniu, głęboko w mojej podświadomości. Widzi wszystko to, co ja widzę, nie mogąc samemu patrzeć. Słyszy wszystko, co i ja, nie mogąc słuchać. Już nigdy nie będzie samodzielnie kroczył po waszym świecie, nigdy nie zajrzy za drugą stronę. Ten skurwiel nigdy nawet nie zginie, bo odebrałem mu wszystkie możliwości, jakie miał! Jest zdany na mnie i będzie cierpiał, tak jak my, salmarny, cierpieliśmy z jego ręki! Póki ja żyję, będzie mógł tylko obserwować poczynania swojego wyrodnego dziecka, a gdy ja zginę, on umrze również!
Ymgrael wpatrywał się z gorejące oczy Fonsa. Istota była pełna gniewu i determinacji. Akolita nawet nie zauważył, gdy ponownie znaleźli się w ciemnej przestrzeni, tym razem o wiele większej, o ścianach i suficie niknącym w mroku, nie pozwalając dostrzec swych granic. W tym pustym miejscu byli tylko oni: Fons pod postacią Kahyssa, emanujący potęgą i o lśniących czerwienią oczach oraz młody akolita, zaskoczony tym, co usłyszał i mający z tyłu głowy wciąż pamięć o tym, że z każdą chwilą jego szanse na uratowanie Pygraeli maleją, obecnie praktycznie do zera. Ymgrael nie mógł mierzyć się z taką potęgą. Nikt, kogo znał, nie mógł. I wtedy przypomniał sobie czyjąś obecność, którą kilka dni wcześniej wykrył w umyśle dotkniętej Letiferią istoty, plugawca, którego sny miał okazję odwiedzić w Dolinie Śmierci. Wtedy, gdy nieznajomy wdarł się do jego umysłu, czuł się jakby umierał. Ymgrael zastanawiał się, czy możliwe było, aby tamtą istotą okazał się Fons. Nie był pewny co w przeciwnym razie oznaczałoby to dla niego samego i Kolektywu. Już sam Fons był na tyle potężny, by przy jego charakterze móc sprawić naprawdę dużo problemów przy próbie usunięcia wpływu jaki wywierał na sny śmiertelnych stworzeń. Na myśl o dwóch takich istotach, Ymgrael wzdrygnął się, czując zalewający go pot, wywołany silnym zdenerwowaniem.
Otoczenie wokół Ymgraela znów się zmieniło. Stał tym razem na bezkresnej łące porośniętej ciemnozieloną trawą. Księżyc świecący na nieboskłonie wyławiał swym blaskiem podstawowe, co bardziej wyraziste kolory, lecz i tak wszystko skąpane było w półmroku. Kilkanaście metrów przed sobą, Ymgrael zauważył Fonsa pod postacią Kahyssa. Ten tylko spojrzał na akolitę, po czym jego ciało zaczęło się zmieniać. Tym razem nie gwałtownie, jak to robił dotychczas, gdy przybierał wygląd innej znanej Ymgraelowi osoby. Głowa, tułów i kończyny zaczęły rosnąć, zmieniając się nie do poznania. To, czym Fons stał się chwilę później, nie przypominało niczego, co Ymgrael kiedykolwiek widział.
Istota stojąca pośród traw miała około sześciu metrów wysokości. Pozbawiona wyrazu, kamienna twarz o lśniących czerwonym światłem oczach uczynionych ze szmaragdów wielkości głowy dorosłej osoby była jedyną częścią ciała tego stworzenia, która w ostateczności przypominać mogło człowieka. Wszystko inne wyglądało jak żywcem wyjęte ze snu. Z głowy wyrastały opadające aż do ziemi, pojedyncze i grube włosy. Ramiona i tors pokryte były gęstymi piórami, o zaostrzonych, wygiętych haczykowato chorągiewkach. Spośród nich wyrastały pojedyncze, bardzo długie i zniekształcone pawie pióra, o wielokolorowym zabarwieniu. Cztery nogi oraz obie ręce istoty pokryte były naturalnymi płytkami w kształcie trapezów, nachodzącymi na siebie. W miejscach dłoni, znajdowały się kłębowiska mniejszych, chwytnych kończyn, wyrastających z nadgarstków pod różnymi kątami. Zamiast stopami, nogi zwieńczone były masywnymi kopytami. Całe zaś ciało – ewidentnie wykonane z ruchomego, żywego kamienia – było spękane nieregularnie. Z każdej takiej szczeliny sączyła się czerwonawa poświata.
Ymgrael czuł na sobie wzrok Fonsa. Patrzył z ciekawością, ale i ledwo skrywanym niepokojem na to, co zaprezentował mu dawny salmarn. Gdy istota znów się odezwała, jej głos był znacznie potężniejszy i niższy, a przy tym głęboko zachrypnięty.
– To mój prawdziwy, duchowy wygląd, robalu. Chyba już wiesz, dlaczego widziałeś mnie do tej pory w innych wcieleniach. - Fons potwierdził to, czego Ymgrael już sam zdążył się domyślić. Akolita skinął głową, patrząc na kamienną twarz. - Pytałeś dlaczego cię nie zabiję, pamiętasz? Dlaczego oszczędzam twoją marną egzystencję i rozmawiam z tobą? Po tym przydługim wstępie, twój mały móżdżek powinien być w stanie zrozumieć to, o co mi chodzi.
– Nasza wcześniejsza umowa nadal obowiązuje? - zapytał Ymgrael.
– Oczywiście! - Fons postąpił kilka kroków w stronę akolity, wywołując silne wstrząsy podłoża. - Choć może nie dokładnie w tej formie, o jakiej rozmawialiśmy. Widzisz, nie byłem wcześniej całkiem szczery. Doskonale wiem kto mnie uwięził w umyśle tej twojej nudnej kuzyneczki. Z naszych krótkich rozmów wiem już, do czego zmierzasz. W twoich oczach wygląda to inaczej, ale obaj szukamy poniekąd tego samego. Obaj uważamy, że należy nam się coś więcej i chcemy znaczyć tak wiele, jak to tylko możliwe. Chcesz uratować tę dziewuchę, bo tak wzmocnisz swoją pozycję w Kolektywie. I dobrze! Przy mnie jesteś niczym, ale wyróżniasz się spośród śmiertelnych. Znaj swoje miejsce i walcz o nie! Ja robię tak samo! Mogłem więc wchłonąłem mojego ojca, przejmując jego moc. Zrobiłem to, czego nie odważyły się nigdy inne salmarny, choć każdy z nas miał te same możliwości, ograniczane jedynie nakazami ojczulka i naszą naturą. Pamiętasz, jak narzekałem na nudę?
– Pamiętam.
– Odkąd stalem się taki jak teraz, cierpię na jeden problem. Cholernie doskwiera mi brak możliwości swobodnego badania i wpływania na świat śmiertelnych. Rdzeń wciąż mnie ogranicza. A przebywanie w jednej okolicy, w wąskiej grupie umysłów, jest bardzo nużące. A ja nie znoszę nudy. Żyłem nią przez tysiąclecia, podległy woli ojczulka. Dlatego zaproponuję ci układ, robalu.
– Kolejny? - Ymgrael zdobył się na kpinę.
– Przecież musiałem się upewnić, czy się nie pomyliłem co do ciebie! - Fons odpowiedział z rozbawieniem. - Masz wybór, człowieczku. Możesz zniszczyć mój rdzeń, uratować tę swoją kuzynkę, zgarnąć chwałę i z czasem zapomnieć o mnie. Nie będę cię powstrzymywał. Ha! Nawet znów dam ci pieczęć mentalną, żebyś mógł wykryć rdzeń. Powiem też kto i dlaczego – tak, tego też się dowiedziałem – chciał użyć mnie do zabicia tej śmiertelniczki. Wiesz dlaczego? Bo ryzyko jest ekscytujące. Znam cię, Ymgraelu, oceniłem twoje pobudki poprawnie. Mimo to wy, śmiertelne robale, jesteście nieprzewidywalni. Ciekaw jestem czy postąpisz tak, jak zakładam.
Choć kamienna twarz Fonsa pozostawała wciąż bez wyrazu, Ymgrael wyczuwał od niego wyjątkowe pobudzenie i zachwyt sytuacją. Odruchowo zacisnął pięści, czując się manipulowanym.
– Albo? - akolita zapytał przez zaciśnięte zęby.
Zanim Fons odpowiedział, zmienił znów wygląd. Ymgrael znów przyglądał się własnemu sobowtórowi. Ten jednak uśmiechał się w sposób, którego akolita nawet nie umiałby naśladować. I mimo że w tym uśmiechu był mrok, towarzyszyła mu też obietnica potęgi. Spełnienia marzeń, obranych celów. Choć był to uśmiech obcy, Ymgraelowi spodobał się.
Tak jak i to, co usłyszał już po chwili.
[...]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz