2017-06-23

Rozdział 2 / 3

[...]
– Jak części z państwa być może wiadomo, Bezdrzewy są bardzo starą wsią. Jej lokalizacja i dostęp do surowców naturalnych już dawno zapewniłoby przekształcenie w co najmniej małą, ale znaczącą miejscowość. Tak się jednak nie stało, a rolę lokalnego centrum handlu i kultury przejęło, mieszczące się niespełna czterdzieści kilometrów dalej, Wyrębowo. Jak ustaliłem, zbieżność semantyczna nazw jest tu całkowicie przypadkowa – Ymgrael mówił do przesłuchującego go grona Mistrzów, patrząc również po zgromadzonych obserwatorach.
– Fakty te są znane konsylium i choć jest to bezsprzecznie intrygujące, w jaki sposób łączy się ze sprawą? - zapytał Hamal Kahyss unosząc brwi.
– Bezdrzewy pozostały takie nie bez powodu – odrzekł do razu Ymgrael. - Licząca obecnie kilkudziesięciu członków społeczność jest od kilkuset lat bardzo hermetyczna. Mijały dekady, świat wokół rozwijał się, a Bezdrzewy pozostały niezmienione przez wpływy zewnętrzne. Mimo bliskości Wyrębowa, które wbrew przaśnej nazwie jest dosyć nowoczesnym miejscem, mieszkańcy Bezdrzew zachowali wiele zwyczajów i tradycji naszych przodków. Są to prości ludzie, z uporem maniaka opierający się zmianom i niechętnie godzący się na konieczność wpuszczania nowej krwi do wioski.
– Z tego też powodu stanowili tak interesujący temat badań naukowych – po raz pierwszy odezwał się starszy mężczyzna o fizjonomii przerośniętego bobasa. Jego pomarszczona twarz i siwe włosy groteskowo kontrastowały z krótkimi nóżkami i rączkami oraz nieproporcjonalnie dużą głową, jak na dorosłego człowieka. - Historia zna przypadki takich społeczności. Ba! Nawet obecnie można by wymienić kilka osad ludzkich, opierających się powszechnym trendom! Ale każda w jakimś stopniu w końcu asymiluje się. A Bezdrzewy? Ta wioska przypomina bardziej skansen, niż współczesną wieś!
– I mają ku temu powód, Mistrzu Voghu. - Ymgrael uśmiechnął się. - Jak udało mi się ustalić, mieszkańcy podzieleni są obecnie na sześć dużych rodów i jeden liczący raptem kilka osób, którego istnienie może postronnym obserwatorom umknąć. Rody te wykształciły się około trzysta lat temu, gdy przodkowie Bezdrzewian zrozumieli, że dalsze rozmnażanie się w zamkniętej populacji doprowadzi do katastrofy. Nie dotyczy to jednak owego najmniejszego rodu, istniejącego od czasu powstania Bezdrzew. Czyli od pięciuset lat. Na pewno wszystkich zaciekawi to, ze Bob należy właśnie do tej rodziny.
– Czułem, że jest w nim coś specjalnego... -bardziej do siebie niż do innych powiedział Kahyss.
– Aby to dokładnie wyjaśnić, pozwólcie państwo, że cofniemy się o te pięć stuleci. W tamtym czasie część Królestwa, w której znajdują się Bezdrzewy, była niezamieszkanym pustkowiem, szerokim pasem ziemi spalonej niekończącą się wojną z Chanatem Kvurów. W naszej piękniejącej z roku na rok stolicy doszło do serii zamachów na ówczesnego króla i członków rodziny królewskiej, co było głównym powodem rozpoczęcia panowania Loharlów. Szybko pochwycono winnych. Była to grupa Ludzi zmanipulowana przez Kvurów by zamordowali władcę i wszystkich, którzy mogli po nim dziedziczyć tron. Niektórzy chcieli szybko zgładzić sprawców, inni domagali się procesu. Ostatecznie do żadnej z tych możliwości nie doszło, gdyż wszyscy zamachowcy zostali oswobodzeni przez maga spoza Kolektywu Fantasmagoryków.
– Jak Bezdrzewy... - Lim próbował się wtrącić, jednak Ymgrael jedynie podniósł głos by mu przerwać, mówiąc kolejne słowa.
– Zamachowcy wraz z magiem podróżowali później, unikając patroli i wymykając się wojskowym posłanym za nimi. Nie było to trudne, zważywszy na chaos powstały na dworze i zmasowane ataki Chanatu, który wykorzystał sytuację, którą sam stworzył. Zbiegli więźniowie obrali oczywisty w ich sytuacji kierunek: ziemie Kvurów, którzy wprawdzie wykorzystali ich używając manipulacji, szantażu i zastraszania, ale i obiecali nagrodę za wypełnioną zbrodnię. Zamachowców szybko jednak dopadło to, co czułby niemal każdy człowiek na ich miejscu – wyrzuty sumienia.
– I przez to założyli wioskę? Na jałowej ziemi? Licząc na rehabilitację przez dobrowolne wybranie skrajnie trudnego i niebezpiecznego życia? Ciekawa historyjka, Dziedzicu! - kpił Lim.
– A będzie jeszcze ciekawsza – Ymgrael uśmiechnął się, widząc karcące spojrzenie Badera posłane w stronę Lima. - Wszyscy wiemy, że nasz świat zamieszkują nieliczne istoty tak stare, że pamiętające jeszcze czasy gdy Ludzkość oraz nasi bracia i siostry z innych gatunków, wędrowali przez dziewicze tereny, dopiero zasiedlając świat Kręgu Pierwszego. Istoty, których moc jest niemierzalna, a cele i plany niezrozumiałe dla śmiertelników. Nie wiem czy sprawił to przypadek, czy jakkolwiek definiowane przeznaczenie, ale zamachowcy kierowani przez wyjętego spod prawa maga, trafili właśnie na jedną z tych istot. Pradawną boginkę, znaną zwykle pod imieniem Dębowej Pani.
– Dębowa Pani zaginęła... - Agner Vogh zaczął, po czym szeroko otworzył oczy, wpatrując się w głąb Auli.
– … ponad pięćset lat temu. - dokończył za niego Ymgrael, czując na plecach ciarki, które na pewno odczuł i podstarzały Mistrz. - Gdy podczas wojny Kvurowie spalili jej święty gaj, Dębowa Pani błąkała się po okolicy poszukując jedynej rzeczy, z powodu której wciąż żyła. Tygodniami jej błagalny szloch słychać było w promieniu wielu kilometrów, odstraszając od spalonej ziemi wojska Chanatu i Królestwa. Gdy zbiegli zamachowcy dotarli w to miejsce, ujrzeli słabnącą, dobroduszną boginkę, próbującą ostatkiem sił magicznych podtrzymać życie spalonego do połowy dębu. Ostatniego drzewa, które pozwalało jej wciąż istnieć.
– Przerażające... - rzekł ktoś ze zgromadzonych na auli obserwatorów.
– Dlaczego nie odtworzyła gaju? Czemu nie powstrzymała Kvurów, którzy go zniszczyli? Przecież to bzdury, które Dziedzic wymyśla, byśmy uwierzyli w jego historyjkę! - protestował Lim.
– Och, czy twoja ignorancja, Roberze, ma w ogóle granice? - zirytował się Vogh, na co Kahyss zareagował lekkim uśmiechem. - Gdybyś dokładniej studiował historię lub przynajmniej czytał księgi, które zlecałem ci w ramach moich zajęć, wiedziałbyś doskonale co mogła, a czego nie mogła dokonać Dębowa Pani. Ba! Miałeś dokładnie dziesięć osobnych lekcji o niej, na połowie których jedynie się pojawiłeś! Skończ się ośmieszać i daj mówić akolicie!
Ymgrael, z niesamowicie wielkim trudem, powstrzymał się od wybuchnięcia śmiechem, czego nie udało się wielu ze zgromadzonych. Dopiero po chwili, gdy zdołał opanować rozbawienie, podjął dalej temat.
– Tak jak powiedział Mistrz Vogh, Dębowa Pani nie mogła powstrzymać tych, którzy zniszczyli jej święte drzewa, ani odtworzyć gaju. Boginka ta jest jedną z najbardziej pacyfistycznych istot, jakie kiedykolwiek kroczyły po Kręgu Pierwszym, a jej natura nie pozwalała na odtworzenie umarłych drzew, lub powstanie nowych. Swą moc magiczną mogła wykorzystywać w inny sposób, głównie błogosławiąc ziemi i istotom żyjącym blisko gaju.
– Dokładnie tak było – potwierdził Vogh, unosząc przerzedzone brwi. - To zdumiewające, że wiesz o tym, akolito, po tak krótkiej edukacji.
– Jedynie przyłożyłem się do sprawy, Mistrzu – Ymgrael pokłonił lekko głowę. - Wracając jednak do tematu: gdy Dębowa Pani ostatkiem sił próbowała uratować pół-żywy dąb, znaleźli ją wędrujący zamachowcy. Nie wiedzieli z kim mają do czynienia, ani czemu właściwie ta naga, pięciometrowa istota o ciele pięknej kobiety tak rozpaczliwie obejmuje na wpół spalony pień, przelewając nań magię. Chcąc pomóc bogince i najpewniej też choć trochę zrekompensować w oczach świata czyn, którego się dopuścili, spróbowali wesprzeć Dębową Panią, której właśnie tego w tej chwili było potrzeba. Niemagiczni śmiertelnicy niewiele mogli zrobić, ale wyszkolony mag, którego mieli pośród siebie, wspomógł boginkę własną mocą. Razem zdołali zatrzymać obumieranie dębu, a mag tchnął życie w spaloną część drzewa. Uratował ostatni fragment świętego gaju i życie Dębowej Pani. Boginka, w dowód wdzięczności zawiązała przymierze z tą garstka ludzi.
– Czyli to tak tamte tereny znów się zazieleniły. – Bader pokiwał głową ze zrozumieniem.
– Dokładnie. Dalej było tak, jak zapewne się państwo domyślają. Zamachowcy założyli wokół dębu osadę, która nazwali bardzo wyszukanie – Bezdrzewy. Z błogosławieństwem Dębowej Pani stopniowo odbudowali święty gaj, obiecując na zawsze strzec swej bogini i jej drzew, by już nigdy historia się nie powtórzyła. W tym celu poprzysięgli nigdy nie wpuszczać do swej społeczności zwyczajów spoza wioski, powierzając swoje życie, myśli, i modlitwy bogini. Mag oraz jego późniejsza partnerka, zostali pierwszymi przedstawicielami rodu kapłańskiego, odpowiedzialnego za bezpośrednią komunikację z Dębową Panią i zanoszenie jej próśb i podziękowań Bezdrzewian.
– Akolito Jaaranoh, to o czym mówisz to bezsprzecznie bardzo cenne informacje. Po weryfikacji ich prawdziwości, na pewno pomogą Kolektywowi lepiej zrozumieć mieszkańców wsi Bezdrzewy, a także zapewnić pomoc im oraz cudownie odnalezionej po latach bogince, oczywiście o ile takowej pomocy będą sobie życzyli. Przejdźmy jednak do czasów nam obecnych. Jak to wiąże się z przypadłością chłopa Boba? - zapytał Mistrz Bader.
– Oczywiście, Mistrzu – Ymgrael skinął nieznacznie głową. - Wytłumaczę zatem co takiego zrobił Bob, za co spotkała go śpiączka wywołana magiczną klątwą.
[...]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz