2017-05-12

Rozdział 1 / 5

[...]
Ymgrael opuścił chatę w towarzystwie swoich przyjaciół. Jednak w przeciwieństwie do nich, młody akolita ponownie był widoczny dla oczu mieszkańców wsi. W swojej brązowo-szarej szacie powodował co najmniej niepokój u miejscowych, a jego wcześniejsze zniknięcie blisko pnia wielkiego dębu i ponowne pojawienie się teraz spory kawałek od tego miejsca, tylko potęgowało ten efekt. Popłoch w jaki wpadali chłopi – nawet ci usiłujący zbadać przy pomocy wideł miejsce, w którym się Odciął – byłby dla Ymgraela nawet zabawny, gdyby nie świadomość tego, co ma zamiar zrobić. Choć pewny co do postanowienia, czuł zdenerwowanie. Nie przywykł do takich reakcji ludzi na jego widok, a czujne spojrzenia wszystkich trzech Mistrzów Kolektywu Fantasmagoryków i pozostałych akolitów tu obecnych wcale nie pomagały. Doskonale wiedział, że najbliższe minuty zadecydują o dalszych losach co najmniej dwóch osób: chłopa Boba i jego. Zbyt wiele od tego zależało, by porażka wchodziła w grę.
Wciągając głębiej rześkie powietrze, powtarzał w myślach słowa klątwy i zestawiał je z tym, czego dowiedział się podczas wyprawy do Bezdrzew. Reakcja Nerany i Jamlena na jego pomysł była, bądź co bądź, prawidłowa. Nikt o zdrowych zmysłach nie cieszyłby się na myśl o pomocy mu w takim przedsięwzięciu, nawet pomijając wszystkie okoliczności. Z ponurymi minami, przyjaciele Ymgraela kroczyli za nim. Oboje mieli naciągnięte na głowy kaptury, zgodnie z ustaleniami.
Po przejściu kilkudziesięciu metrów, gdy znajdowali się na niewielkim wydeptanym placyku, pełniącym rolę tutejszego rynku, Nerana bez słowa oddzieliła się od nich, kierując się do górującego nad nimi, zakorzenionego tuż obok dębu. Stojąc w cieniu rzucanym przez potężną koronę drzewa, Ymgrael obserwował jak dziewczyna podchodzi do pnia, stoi chwilę w bezruchu, a następnie powoli unosi się w powietrze, jakby nagle przestała na nią działać grawitacja. Proste zaklęcie – jedno z podstawowych, których uczono nowych akolitów – pozwoliło jej łagodnie i bezpiecznie dostać się na jeden z grubszych konarów, wysoko nad ziemią. Nerana usiadła na grubej gałęzi jak tylko się tam znalazła. Kurczowo trzymała go obiema dłońmi i patrzyła z wyrzutem na Ymgraela – jak każdy z tu obecnych akolitów potrafiła lewitować, ale wyjątkowo tego nie lubiła. Choć nigdy tego wprost nie przyznała, Ymgrael był pewien, że długowłosa brunetka wzrokiem obdzierająca go teraz ze skóry, cierpi na lęk wysokości.
Widząc, że Nerana siedzi bezpiecznie w wyznaczonym miejscu, Ymgrael rozejrzał się po okolicy. Tak jak się tego spodziewał, chłopi pozamykali się w chatach, ukradkiem spoglądając na niego przez niewymiarowe okna i inne otwory chat. Mistrzowie Bader, Lim i Kahyss, wraz z towarzyszącymi im akolitami, zebrali się w jedną grupę, stając nieopodal. Podobnie jak stojący za Ymgraelem Jamlen, byli niewidoczni dla miejscowych.
Wszyscy na swoim miejscu, pomyślał Ymgrael, siląc się na przybranie możliwie najpoważniejszego wyrazu twarzy. Zaczynamy przedstawienie!
Magicznie wzmacniając donośność swojego głosu tak, by być wyraźnie słyszanym w każdym zakątku Bezdrzew, wypowiedział powoli zdania, wcześniej dokładnie przemyślane i zaplanowane na konkretny efekt:
– Nazywam się Ymgrael Jaaranoh i przybyłem do was, reprezentująci przekazując wolę Kolektywu Fantasmagoryków! Na mocy praw nadanych przez miłościwie nam panującego Króla Haralda z rodu Loharlów, wzywam was do opuszczenia domostw i zgromadzenia się przede mną!
Powoli i z ociąganiem mieszkańcy Bezdrzew zastosowali się do jego żądania. We wsi było nienaturalnie cicho, każdy bał się zabrać głos. Choć tłum usłuchał Ymgraela, wyraźnie było widać, że przygotowują się na najgorsze. Mężczyźni, przeważnie uzbrojeni w widły, kosy i inne narządzie mogące służyć za broń, oddzielili od Ymgraela kobiety, które gromadząc się za nimi trzymały blisko siebie dzieci. Ymgrael odczekał dłuższą chwilę, aż wszyscy podejdą, zachowując kamienną minę i splatając ręce za sobą.
– Mieszkańcy wsi Bezdrzewy, wysłuchajcie mnie! - Młody akolita zagrzmiał. – Do stolicy królestwa dotarły już wieści o sytuacji waszej społeczności! Na rozkaz Króla Haralda oraz Najwyższego Fantasmagoryka, przybywam rozwiązać raz na zawsze ten problem!
Ymgrael zrobił przerwę, obserwując reakcje chłopów. Zgodnie z jego zamierzeniem, zaczynali panikować. Na razie zdradzały to tylko jeszcze bardziej poddenerwowane spojrzenia, którymi się wymieniali i ogólna mowa ciała. W tłumie wypatrzył młodego mężczyznę imieniem Bob. Na jego widok po ciele Ymgraela przebiegł nieprzyjemny dreszcz. Z trudem powstrzymał się od wzdrygnięcia na myśl o tym, co zamierza zrobić.
– Wiemy o bałwochwalczym kulcie, który praktykujecie tu od pokoleń! – Ciągnął dalej, usiłując zastraszyć zgromadzonych. – Prawo Królestwa i Kolektywu zabrania tworzenia fałszywych wierzeń oraz uczestnictwa w takowych! Karą za bałwochwalstwo jest śmierć!
Ymgrael celowo starał się układać swoje wypowiedzi w formalny ton. Choć w oczywisty sposób kłamał, chłopi z tak oddalonej od cywilizacji wioski nie mieli prawa tego wiedzieć. Poza dwoma, albo trzema wyjątkami, wszyscy oni całe swoje życie spędzili w tej okolicy. Ci nieliczni, którzy odebrali lepsze wykształcenie i mieli okazję zaznać życia w mieście – a wśród nich Bob – nawet jakby próbowali teraz podważyć jego słowa, nie mieli wystarczającego autorytetu by uspokoić swych sąsiadów.
– Panie, ale my są dobrzy ludzie! My nie czynimy krzywd ni zwady! Politujcie! - błagalnym, drążącym ze strachu głosem zawołał ktoś z zebranych.
Młody akolita przebiegał wzrokiem po twarzach chłopów, dłużej zatrzymując się na Bobie. Mężczyzna o ciemnych włosach i krzywo zrośniętym po złamaniu nosie, był blady ze strachu.
– Winni muszą ponieść karę! Jednakże, jeżeli wydacie nam kapłanów waszego kultu i wszystkich czynnie zaangażowanych w szerzenie fałszywej wiary, większość mieszkańców uniknie kary śmierci! Żądam natychmiastowego wskazania wspomnianych osób!
Stojąc samemu naprzeciw tłumowi, Ymgrael czuł zimny pot na karku. Nie z powodu ich przewagi liczebnej; nie mogli mu zaszkodzić. Od ich decyzji zależała realizacja pierwszego etapu jego planu.
Z całego serca miał nadzieję, że odmówią.
[...]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz