2017-05-19

Rozdział 1 / 6

[...]
– Wydajcie kapłanów, to ostatnie ostrzeżenie! - Głos Ymgraela zagrzmiał, gdy chłopi ociągali się z podjęciem decyzji.
Było oczywiste, że większość nie miała zamiaru zastosować się do jego rozkazu. Stojący najbliżej akolity mężczyźni wymierzyli w jego kierunku prowizoryczną broń, którą trzymali. Zza wideł, cepów i kos rozbieganymi oczami łypali na niego, raczej nie mając wątpliwości w jak beznadziejnej sytuacji się znaleźli. Mimo tego postanowili bronić swoich rodzin i sąsiadów przed człowiekiem, który groził im śmiercią. Chlubne i honorowe, ale skazane na niepowodzenie.
– Wasz wybór – z rezygnacją powiedział Ymgrael, choć dokładnie na taką ich reakcję liczył.
Zaatakował pierwszy. Wokół wyciągniętej przed siebie dłoni uformował świetlistą, półprzezroczystą bańkę o fioletowym zabarwieniu – proste, bitewne zaklęcie, nic wyszukanego, a jednak przywołujące gwałtowną bladość na twarze zgromadzonych. Widząc emanację magii, stojący najbliżej Ymgraela trzej mężczyźni ruszyli w jego stronę. Jak na zawołanie z bańki okalającej dłoń akolity, w ich kierunku pomknęły trzy błyszczące kuleczki wielkości żołędzia.
Pociski stworzone magią Ymgraela już miały dosięgnąć chłopów, gdy niespodziewanie powietrze pomiędzy walczącymi zawirowało, a tuż przy ciałach szarżujących wioskowych pojawiła się cienka bariera w brązowo-szarym kolorze. Magia akolity rozbiła się na nich, nie czyniąc nikomu krzywdy.
Ymgrael jedynie uśmiechnął się nieznacznie, wypatrując w tłumie postać, która uratowała wieśniaków. Młoda kobieta z długimi, czarnymi włosami wpatrywała się w niego wyzywająco. Jej oliwkowa suknia powiewała lekko na słabym wietrze, a uniesione do góry dłonie połyskiwały brązem i szarością.
– Miło, że w końcu się pokazałaś! Niestety, nie mogę pozwolić Ci przeszkadzać! Wystarczy, że teraz muszę naprawiać twój błąd! - Ymgrael zawołał do niej z udawaną złością.
W rzeczywistości cieszył się na widok tej kobiety. Doskonale wiedział kim, a właściwie czym jest. Strażnik, w tym przypadku w wersji żeńskiej, był obecny w każdym przypadku klątwy i bywał niekiedy przewrotny. Ymgrael liczył, że tak też będzie i tym razem; ponadto już samo to, że mu przeszkodziła wskazywało, że obrał właściwy kierunek. Z tego co wiedział, przez cały czas trwania projektu, którego bohaterem był chłop Bob, to była pierwsza ingerencja Strażniczki w działania Fantasmagoryków. Podbudowany tym, że jego plan działa, skupił swoją uwagę na kobiecie w oliwkowej sukni.
Wyrecytował pod nosem bezgłośnie zaklęcie, ciskając w jej kierunku znacznie większy niż wcześniej pocisk magii. Zanim zdążyła zareagować, było już za późno. Całe jej ciało zostało otoczone przez grubą na kilka centymetrów, półprzezroczystą bańkę fioletu, odcinając ją całkowicie od wszystkiego co na zewnątrz i uniemożliwiając ruchy. Zastygła w jednej pozycji, rzuciła wściekłe spojrzenie na Ymgraela. Oboje wiedzieli, że tylko przez jakiś czas będzie uwięziona, w końcu przełamując zaklęcie akolity. Póki co jednak, Ymgraela nie miał kto powstrzymać.
Dopiero teraz młody akolita skupił uwagę znów na chłopach. Po początkowej konsternacji w jaką wpadli, oglądając krótkie zajście między jedną z nich i przybyszem, wcześniejsza panika powróciła ze zwielokrotnioną siłą. Kobiety i dzieci rzuciły się do ucieczki, podobnie jak całkiem pokaźna grupa mężczyzn. W stronę Ymgraela pobiegło kilku wieśniaków, mierząc do niego z wideł. Ymgrael upewnił się, że Bob się temu przygląda – nie zwracając póki co uwagi na jego wyraz twarzy – po czym ponowił atak z pociskami wielkości żołędzi, zwiększając o jeden ich wcześniejszą ilość.
Czterech z nacierającego tuzina chłopów dosłownie wyparowało z głośnym syknięciem, gdy fioletowe kuleczki dotknęły ich ciał. Po ich ciałach pozostały jedynie obłoki dymu, szybko rozwiewane przez wiatr.
W tym momencie Ymgrael miał już problem w obserwowaniu wszystkich elementów realizowanego planu. Mogąc chwilowo zignorować pozostałych z szarżujących mężczyzn, wytrąconych z biegu nagłym zniknięciem ich towarzyszy zauważył, że siedząca wysoko na dębie Nerana ujawniła już swoją obecność. Oznaczać to mogło tylko jedno – pierwsi z uciekinierów dotarli do zewnętrznych zabudowań wsi, wyznaczających jej symboliczne granice. Ymgrael nawet nie starał się wyczytać z twarzy przyjaciółki emocji, nie miał teraz na to czasu. Najważniejsze było, że skutecznie wywiązała się ze swojego zadania: gdy tylko uciekające kobiety znalazły się w ustalonym miejscu, całe Bezdrzewy otoczył krąg szalejących płomieni skrzesanych magią.
Ymgrael doskonale wiedział, że była to tylko wysoka na cztery metry iluzja, wymagająca od akolitki dużego skupienia, ale przy tym całkowicie nieszkodliwa. Chłopi jednak wierzyli w prawdziwość ognia, odgradzającego ich teraz od świata poza wioską. Spanikowane kobiety, dzieci i co mniej odważni mężczyźni częściowo ponownie się grupowali, a częściowo uciekali do wnętrz najbliższych domostw.
Młody akolita, niezauważalnie dla otoczenia zadowolony z sukcesu Nerany, skupił znów uwagę na tym, co działo się bliżej niego. Kobieta w sukni wciąż była uwięziona, a Bob szamotał się w uścisku Jamlena, widocznego teraz dla wszystkich obecnych i usiłującego zadbać o to, by skrępowany chłop obserwował wszystko, co robi Ymgrael. Na twarzy Boba mieniły się różne emocje, tak pożądane przez akolitę Kolektywu. Ale to nie o strach czy determinację chodziło, lecz żal.
Żal z powodu śmierci sąsiadów, których znał od dziecka.
Żal, który wciąż był zbyt mały, by zapewnić mu ocalenie.
[...]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz