2017-05-05

Rozdział 1 / 4

[...]
– Śmieszki, trochę powagi, mamy zadanie! - upomniał ich Jamlen. - To czego się dowiedziałeś?
Ymgrael, odrzucając od siebie rozbawienie po wymianie zdań z Neraną, przeszedł kilka kroków w stronę niewidzącego ich chłopa, siedzącego na drewnianym stołku przy wygaszonym palenisku. Widok tego człowieka przywodził wspomnienia z jego podróży.
– Przede wszystkim Bezdrzewy nie wyglądają tak, jak wieś, w której obecnie się znajdujemy. Nie ma tam... drzew.
– Czyli nazwa pasuje – skomentowała Nerana.
– Nie do końca... - Ymgrael stał przodem do przyjaciół, lecz wciąż był obok siedzącego chłopa.
– Jeszcze kilka lat temu, Bezdrzewy były pełne dębów. To co widzieliśmy na zewnątrz, to stan właśnie z tamtych czasów – akolita tłumaczył z powagą, po czym wskazał na mieszkańca wsi – Ten mężczyzna, Abelard z Bezdrzew, był moim głównym informatorem, dlatego też nieprzypadkowo wybrałem tę chatę do rozmowy.
– Na takim zadupiu ktoś nadał mu tak egzotyczne imię? Aż nie wiem czy mu gratulować czy współczuć! - Nerana spojrzała na mężczyznę z nieokreślonym wyrazem twarzy.
– Jego rodzice mieszkali kiedyś w Leagnii. Nie ważne – Ymgrael machnął ręką, jakby odrzucając od siebie ten temat. - Istotne jest to, że Abelard jest dalekim pociotkiem Boba i miał z nim dobry kontakt, przynajmniej dawniej.
– A ostatnio nie dogadywali się? - zapytał Jamlen z zamyśleniem.
– To dłuższa historia, a nie mamy teraz wiele czasu, więc powiem wam bardzo skrótowo. Bob posprzeczał się trochę z kilkoma sąsiadami, w tym z Abelardem. Któregoś dnia doszło do incydentu, w czasie którego ojciec Boba stracił życie, a na niego samego pewna kobieta rzuciła klątwę.
– Tak myślałam, że to klątwa... - Nerana ściągnęła brwi, robiąc obrażoną minę. - Jak powiedziałam o tym Mistrzowi Limowi, uśmiechnął się tylko szyderczo i kazał pracować dalej...
– Nera, przecież od początku było wiadome, ze to klątwa. Wierszyki, jak ten, którego kazali nam się nauczyć, dotyczą niemal wyłącznie tego typu spraw – Jamlen przewrócił oczami, jakby tłumaczył to już któryś raz z kolei.
– Ale musieliśmy do tego dojść sami, nic nam nie mówią! Jak mogą oczekiwać rezultatów?!
– To się nazywa wrzucenie na głęboką wodę! - Jamlen zaśmiał się. - Z resztą sama zobacz, Ymgii twierdzi, że znalazł rozwiązanie!
– Właśnie, rozwiązanie... - Ymgrael spróbował skierować rozmowę ponownie na właściwy temat wiedząc, że jeżeli będą zbyt długo zwlekali, minie właściwy czas na wprowadzenie jego planu w życie. - Kluczem do wszystkiego są słowa klątwy. Jamlen, możesz je wyrecytować?
– Choćby i przez sen – młody mężczyzna uśmiechnął się, wyprostował plecy i płynnie zadeklamował:

Wiara i rozum nie zawsze idą w parze,
za twoją arogancję los cię ukarze!
Solą w twym oku były dawne dzieje,
dziś pomstę wywrą prastare knieje!
Będziesz przeżywał swój koszmar na zawsze,
ten, co sprowadził tu czasy krwawsze.
Będziesz oglądał dębowe konary,
dębowe liście to twe najgorsze mary!
Lecz gdy padnie dębowa krew,
wnet usłyszysz wiatru śpiew.
Niechaj przyłożą wówczas twarz dziedzica,
by łzy chłonął z ojcowskiego lica.
Ten smak cierpienia niech go przeniknie,
bo tylko wtedy koszmar twój zniknie.

Przez chwilę wszyscy troje milczeli, pozwalając wybrzmieć ostatnim słowom klątwy w swych głowach. Każdy akolita Kolektywu, który przypisany był do projektu Boba z Bezdrzew, doskonale znał jej treść, której sens analizowany był na każdy możliwy sposób przez mistrzów pod wodzą Gustava Badera. Bob z Bezdrzew, za każdym razem gdy - wszelakimi metodami Fantasmagoryków – próbowano uzyskać od niego informacje, popadał w swoisty trans, patrząc pustym spojrzeniem w przestrzeń i wypowiadając słowa klątwy.
Zawsze w ten sam sposób.
Zawsze z tą samą bladością i drżeniem głosu....
– Jedno jest pewne – Nerana uśmiechnęła się – osoba, która to wymyśliła, poetą nie zostanie.
– Ta klątwa, szczególnie jej druga połowa oraz informacje, które zdobyłem w Bezdrzewach, są kluczem do rozwiązania problemu Boba – Ymgrael zignorował żart akolitki.
– I zdaje się, że ty grasz tu główną rolę – Jamlen spojrzał na przyjaciela z rozbawieniem, a widząc, że ten nie do końca rozumie, wyjaśnił: - Innego dziedzica tu nie widzę.
Ymgrael odpowiedział mu nieznacznym uśmiechem półgębkiem. Bez słowa przeszedł kilka kroków w stronę niewielkiego, drewnianego stołu, wykonanego niedbale i zbitego z kilku grubszych konarów.
– Wzmianka o dziedzicu to czysty przypadek. A teraz chodźcie, wytłumaczę wam, jak możecie pomóc – rzekł, wskazując im rozpadające się krzesła.
Nerana i Jamlen usiedli, słuchając z zaciekawieniem krótkich wyjaśnień Ymgraela. To jednak szybko ustąpiło – początkowo zaskoczeniu, a w końcu przerażeniu. Poznając swoje role w planie akolity, nie byli świadomi, że przez nieszczelną okiennicę ich rozmowie przysłuchuje się samotna postać. Odziana w oliwkową suknię kobieta o długich, kręconych włosach barwy węgla, bawiła się jednym ze swych loków, patrząc na koronę dębu górującego nad wioską. Chłopka czuła narastającą ekscytację i lęk na myśl o tym, że nadeszła chwila, na którą tak niecierpliwie czekała.
[...]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz