2017-12-22

Rozdział 5 / 8

[...]
– To ma być wytłumaczenie?! - gniewny głos Nerany rozszedł się echem po sali tronowej.
Spojrzenia wszystkich jak na zawołanie skierowały się na akolitkę, która teraz wystąpiła kilka kroków do przodu, zmniejszając dystans do członków rodu Acciante.
– Słabo znam zwyczaje panujące w tym księstwie, ale wiem jak żyją ci wszyscy szlachetkowie z Królestwa. Z wami jest podobnie – Nerana stanęła z uniesioną głową, podpierając się pod bokami. Nie była to poza stosowna do sytuacji, ani nawet do jej pozycji względem reszty zebranych, mimo to Ymgrael odczuł respekt wobec przyjaciółki za jej odwagę.
– Wżeniacie się w bogate rodziny, chełpicie się tym jakie kto ma plecy, a wszystko to po co? Przecież nie dla pieniędzy, większości z was starczyłoby ich na kilka pokoleń rozpustnego życia!
– Nie od dziś wiadomo, że bogate osoby bardzo często chcą też mieć władzę, poszerzać wpływy – wtrącił się Ymgrael, domyślając się, do czego dąży Nerana.
– No właśnie, Ymgi! Dzięki! - akolitka spojrzała w jego stronę z wdzięcznością za to nieoczekiwane wsparcie, po czym znów skierowała wzrok na Alfreda Acciante i jego syna, Roderyka. - Czy wielce szacowny hrabia nie powiedział przed chwilą, że jego ród jest najważniejszy zaraz po rodzinie władczyni?
– Nie jest to oznaką arogancji ani potwarzą dla żadnego ze znamienitych rodów, a jedynie stwierdzeniem faktu – dyplomatycznie odpowiedział hrabia Acciante.
– A czy nie jest tak, że największym przegranym jest zawsze ten na drugim miejscu? Przecież ma tak niewiele do szczytu! To zwykle przyprawia o szeroko rozumiany ból dupy, a łącznie z całą to waszą arogancko-burżuazyjną postawą może dać taki efekt, jaki właśnie obserwujemy – Nerana wpatrywała się ze złością w hrabiego.
Cichy pomruk przemknął po zgromadzonych. Ymgrael widział, że większość z nich jednocześnie jest oburzona językiem i tupetem Nerany, ale w gruncie rzeczy dostrzegają zasadność jej tezy. Ośmielił się delikatnie uśmiechnąć, jednak zaraz poczuł nieprzyjemny dreszcz na ciele, gdy zorientował się, co właśnie miało miejsce nieopodal niego. Jego matka, Księżna Mevgraela, powstała z tronu. Czyniła to na tyle rzadko podczas takich okoliczności, by w połączeniu z rumieniem wstępującym na jej twarz wywołanym powstrzymywanym gniewem, zaniepokoiło chyba wszystkich obecnych. Ymgrael zadrżał na myśl, że Nerana będzie musiała teraz odpowiedzieć za swoją odwagę i bezpośredniość.
– Hrabio, zapytam wprost – głos Mevgraeli Jaaranoh ciął powietrze niczym ostrze sztyletu. - Czy twój ród ma coś wspólnego z obecnym stanem księcia Verngraela?!
Ymgrael poczuł nagły napływ całej gamy emocji. Najpierw uderzyło go to, że sam wcześniej nawet nie pomyślał, że sprawa Pygraeli i śpiączka Verngraela mogą być powiązane. Do tej pory za bardzo się skupił na pomocy kuzynce, by połączyć to ze stanem brata. Gdy tylko zdał sobie sprawę, że jest to możliwe, ogarnął go szczery gniew na hrabiego. Już wcześniej osobiście podchodził do sprawy, jednak teraz wkraczało to na zupełnie inny wymiar. Ostatkiem opanowanego przez emocje rozsądku zdołał powstrzymać się przed jakąkolwiek reakcją i zmusił do postrzegania rodu Acciante jedynie jako podejrzanych. Dopóki nie udowodni im się winy, musiał zachować powściągliwość. Mevgraela Jaaranoh zdawała się uważać tak samo jak jej syn, a jej powstanie z tronu było jedynie oznaką tego, że w pierwszej chwili uległa emocjom.
Po słowach Księżnej zapadła pełna napięcia cisza. Pytanie wyraźnie zmroziło Alfreda Acciante. Doświadczenie życiowe i powracające opanowanie sprawiły, że zanim znów się odezwał, wziął głęboki wdech, po czym z wolna wypuścił powietrze.
– Miłościwa pani... - hrabia przemówił ciszej niż wcześniej, jednak jego głos niósł się po najdalszych zakamarkach sali tronowej niesiony nienaturalną ciszą pośród zebranych. - Klnę się na honor mojego rodu i na dobre imię przodków, że ani ja, ani żaden inny Acciante o jakim bym wiedział, nie podniósł nigdy ręki na księżniczkę Pygraelę, ani na księcia Verngraela. Zawsze byliśmy wierni Jaaranohom i tak pozostanie, dopóki jestem seniorem naszego rodu.
– Mimo wszystko ta teoria ma sens – Ymgrael odezwał się z ledwo wyczuwalnym drżeniem głosu. - Mój starszy brat, bezpośredni następca tronu, jest w śpiączce wywołanej magią. W związku z tym obecnie prawowitym dziedzicem jestem ja, jednak ukończenie pobierania nauk w Kolektywie Fantasmagoryków i stanie się jednym z Mistrzów, automatycznie przekreśli moje prawa do tronu, zgodnie z obowiązującym prawem.
Wszyscy uważnie słuchali Ymgraela, mimo że doskonale zdawali sobie sprawę z rzeczy, o których mówił. Czym innym było wiedzieć to, a czym innym usłyszeć w kontekście tego, co rozgrywało się na ich oczach.
– Książę Gisgreal nie może dziedziczyć tronu po mojej matce, z racji tego, że jest jej bratem. To również jasno określa prawo. W takim razie, gdy ja utracę prawa do tronu, następna w kolejności jest zaatakowana przy pomocy magicznej istoty księżniczka Pygraela, w chwili naszego przybycia będąca na granicy wytrzymałości fizycznej. Nawet teraz, mimo poprawy sytuacji, jej stan jest bardzo poważny. Gdyby zmarła, jedynym Jaaranohem z prawami do tronu byłby młody książę Kangrael. Gdyby i jemu przydarzył się wypadek, a wkrótce później coś przytrafiłoby się mojej matce, nie byłoby już Jaaranohów z dziedzicznym prawem do tronu. Dalsza rodzina jest od tego odcięta, zgodnie z obowiązującym prawem. A wówczas odbyłyby się pierwsze od bardzo dawna wybory elekcyjne rodu panującego. Wybory, które Acciante niemal na pewno by wygrali. Takie są fakty, hrabio. Oczywiście to samo w sobie nie obciąża was winą. Ale rdzeń salmarna, będący ubiegłego wieczoru w posiadaniu wicehrabiego Roderyka już tak.
Na sali w dalszym ciągu panowała cisza. Jeżeli teoria wysnuta przez Neranę, a dalej pociągnięta przez księżną i Ymgraela okazałaby się prawdziwa, oznaczałoby to coś na miarę zamachu stanu.
– Niezmiernie ubolewam nad stanem twojego brata, książę – Alfred Acciante zwrócił się bezpośrednio do Ymgralea, zamilkł na chwilę, po czym znów spojrzał na Księżną. - Pani, nie potrafię podać innego wyjaśnienia, dlaczego ów rdzeń znalazł się w posiadaniu mego syna, niż to, o którym mówiłem wcześniej. Uważam, że ktoś usiłuje zrzucić na nas winę, wspierając się tym, o czym mówił przed chwilą książę Ymgrael. W trosce o dobre imię mego rodu i na znak niezachwianej lojalności wobec ciebie, moja pani, ja i pozostali Acciante poddadzą się każdej niezbędnej kontroli i zastosują do wszystkich poleceń, jakie w tej sprawie zostaną wydane. Proszę jedynie o poszanowanie naszego honoru i traktowanie zgodnie szacunkiem, na jaki zasługujemy.
Uległość Alfreda mogła być jedynie zasłoną dymną, mającą oszukać czujność Księżnej i pozostałych zainteresowanych, lecz mogła także być szczera. Ymgrael nie wiedział, jaka jest prawda. Pewny był jednak czego innego. Niezależnie od tego, co zdecyduje jego matka i jak długo potrwa zbieranie dowodów obciążających lub uniewinniających Acciante, trzeba było rozwiązać sprawę Pygraeli. Akolita co prawda miał kruchy sojusz z nękającą jego kuzynkę istotą, będącą dawniej salmarnem, jednak byt ten imieniem Fons, nie był godny zaufania. W każdej chwili mógł zerwać porozumienie i swymi działaniami doprowadzić do śmierci Pygraeli. Z niezachwianą determinacją by uratować kuzynkę, Ymgrael spojrzał najpierw w jej kierunku, a następnie na swą matkę. Wiedział, że życie księżniczki zależy w dużej mierze od tej chwili. I tego, co teraz powie.
[...]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz