2017-04-14

Rozdział 1 / 1

Rozdział 1


Silny podmuch wiatru zatrząsł konarami potężnych dębów, rosnących wzdłuż błotnistej dróżki w równym rzędzie. Zbyt równym, jakby ktoś pytał, jak na tę okolicę. Kilka żółknących liści, oderwanych brutalnie od drzew tym gwałtownym ruchem powietrza, wzbiło się w górę, po to tylko by zaraz skierować się bezwładnie ku podłożu i dołączyć do swych braci – tych, których żniwo jesieni zabrało pierwszych, ale na pewno nie ostatnich. Zwykłym przypadkiem było, że jeden z nich opadał blisko samotnej postaci stojącej na wydeptanym szlaku.
Mężczyzna złapał liść zręcznym ruchem dłoni opancerzonej w skórzaną rękawicę. Spod kaptura, który miał zaciągnięty na głowę, wystawała długa na kilka centymetrów, równo przycięta, ciemnobrązowa broda okalająca bezdźwięcznie poruszające się usta. Człowiek ten wyciągnął dłoń z dębowym liściem przed siebie, wpatrując się w niego i powtarzając nieme inkantacje.
Z otwartej dłoni wędrowca dobiegł krótki, ludzki krzyk. Liść zniknął w chmurce dymu, a po rękawicy spłynęła czerwona, gęsta ciecz.
Krew.
Zakapturzony wytarł dłoń o połę płaszcza, cicho wzdychając z niezadowoleniem. Ruszył dalej ścieżką ku pobliskim drewnianym chatom. Już wcześniej dobrze przypatrzył się ludziom krzątającym się po wiosce, szczególną uwagę poświęcając temu co właśnie robili. Kilku mężczyzn bawiło się w rolników na polach, usiłując zebrać liche plony z jałowej ziemi, stanowiące przyszłą strawę dla ich rodzin; gdzieniegdzie widać było chłopki wykonujących różne prace w obejściu chałupy, lub doglądające rozbrykanych, zwykle od pasa w dół nagich dzieci, zbyt młodych by przejmować się swoją golizną lub by gorszyć miało to dorosłych. Koło jednej z chat, tej o szczególnie zadbanej strzesze – chyba z tegorocznych sianokosów – siedziało kilku starców, zapalczywie grających w jakąś prostą grę towarzyską.
Na tle wioskowych, bardzo wyraźnie kontrastował widok kilkunastu zakapturzonych postaci, z których wszystkie jawiły się niczym zjawy: ulotne, lekko prześwitujące, jakby niematerialne. Chłopi nie widzieli gości, ubranych w większości w proste, brązowo-szare szaty z minimalistycznymi zdobieniami, pomiędzy którymi było trzech o bardziej wzorzystych, lecz zachowujących krój tamtych, odzieniach. Ludzie-Duchy przyglądali się miejscowym, zaglądali do chat, badali otoczenie, wszystko to wykonując w grupkach po trzy, cztery osoby, pozostając pod czujnym okiem swych towarzyszy o bogatszym stroju.
To właśnie jeden z „wzorzystych” - chudy, wysoki mężczyzna o cerze gładkiej jak skórka dorodnego jabłka i podobnym do niej, czerwonawym zabarwieniu – pierwszy spostrzegł przybysza, wkraczającego do wsi od strony dębowej dróżki. W ślad za nim poszli wszyscy pozostali. Osoby w szatach przystawały tam gdzie obecnie się znajdowały, patrząc za nim spod kapturów. Chłopi po kolei przerywali pracę na roli, chłopki zaganiały nerwowo dzieci do chat. Gdzieś zaczął ujadać pies, nawet wiatr jakby wzmógł swą siłę, cicho zawodząc po polach.
Wędrowiec, odziany identycznie jak zjawy o szczątkowych zdobieniach, zbliżał się powoli, za cel obierając pień samotnego drzewa – a jakże, dębu – rosnącego mniej więcej w centralnym punkcie wioski i górującego nad wyrastającymi dookoła drewnianymi konstrukcjami. Właśnie tam stało trzech mężczyzn o bogatszych szatach.
–   To... jeden z nich?! - usłyszał podekscytowany głos jakiejś chłopki.
–   A tam, bajdy pleciesz! Toć to u nas baron jeno na przednówek zajedzie, coby sprawdzić czy mu kmieć nie pomarł po zimie z głodu, a ty guślarza miastowego wypatrujesz! - odpowiedziała jej inna.
Wędrowiec ignorował rozmowy chłopów, bardziej wsłuchując się w to, co mówili ludzie w szatach, których nikt wokół nie słyszał, poza nimi samymi i przybyszem. Wychwytywał urywki ściszonych rozmów, dobiegających z różnych grup:
–   beznadziejny przypadek, moglibyśmy już kończyć.
–   Nie marudź, ja już trzeci raz w tym tygodniu...
–   co powiedział? Jak to leciało?
–   Coś o dębach, nie pamiętam. Zawsze to powtarza, gdy...
–   bezczelność, tak w ostatniej chwili...
–   Dziedzicowi wolno, taka „równość”. Nam od razu daliby dodatkowe...
Ostatnia wymiana zdań, jaką mężczyzna podsłuchał wywołała w nim irytację. „Dziedzic” - jak bardzo nie znosił tego przezwiska! Tego i mu pokrewnych, którymi od pewnego czasu raczyło go kilku ćwierćinteligentów o mentalności zarozumiałego szlachcica z kompleksem nigdy-nie-będę-królem-i-mi-z-tym-źle. Ignorował te zaczepki, ale nic nie mógł poradzić na to, że - z jego przeszłością - powtarzane do znudzenia przytyki nie tyle sprawiały ból, co drażniły. Jego adwersarze byli zupełnie jak gromadka natrętnych much. Upierdliwa ciągłym przylatywaniem, bzyczeniem koło ucha, obsrywająca wszystko czego dotknie, acz nieszkodliwa w gruncie rzeczy. Ignorował ich, choć najchętniej, tak jak owadów, po prostu by się pozbył – wziął do ręki gazetę, machnął zamaszyście, część przepędzając, a część zgniatając.
Właśnie, zgniatając, pomyślał przybysz, a na jego brodatą twarz, lekko owalną i naznaczoną niewielką blizną na trzonie nosa, zagościł wyraz niespodziewanej refleksji.
[...]

2 komentarze:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wygląd bloga idealnie pasuje do fabuły! Jestem zaciekawiona co będzie dalej więc czekam na następny piątek z niecierpliwością! Pozdrawiam. ;)

    OdpowiedzUsuń