2017-10-15

Rada Ognia - opowiadanie przedpremierowe

Już jutro premiera Rady Ognia, w związku z czym przygotowałem dla Was małą niespodziankę, w postaci krótkiego opowiadania, którego akcja ma miejsce tuż przed początkiem właściwej książki. Spoilerów tam nie uświadczycie, więc można śmiało czytać (oczywiście tekst nie był poprawiany przez profesjonalnego redaktora, więc przepraszam za ewentualne błędy językowe). :)
Przy okazji chciałbym Was zapytać, co sądzicie o pomyśle zwiększenia nieco aktywności na blogu, poprzez takie właśnie dodatkowe materiały? Mogłyby dotyczyć zarówno Świata Dwunastego, bo tak nazywa się całe uniwersum Rady Ognia, jak również tego, który znacie z Fantasmagorii. Mam tu na myśli przede wszystkim opowiadania, charakterystyki postaci, rozszerzoną wersję leksykonu (i w ogóle pojawienie się takiego do Fantasmagorii), może coś jeszcze. Wszelkie tego typu posty pojawiałyby się raczej nieregularnie, zależnie od swojej objętości i czasu, jaki zajmie ich przygotowanie. Jeżeli koncepcja Wam się podoba, dajcie znać w komentarzach. :)


A tymczasem oto co robił Maks, zanim trafił na karty książki:

Lekki i ożywczy powiew wiatru zmierzwił włosy mężczyzny wychodzącego z budynku uniwersytetu, a blask słońca oślepił na chwilę jego oczy, przyzwyczajone do znacznie ciemniejszego wnętrza gmachu. Dzień był wyjątkowo pogodny – jak na miejsce, w którym deszcz pada raz na kilkanaście tygodni, na krótko pobudzając ubogą roślinność do gwałtownego wzrostu – dlatego Wetrom ten tym bardziej cieszył się, że zakończył już zajęcia.
Maksymilian Lree ruszył wzdłuż ogrodzenia uczelni, zmierzając na przystanek komunikacji miejskiej. Archaiczny środek transportu, jaki stanowiły autobusy z napędem kołowym, można było spotkać już na bardzo nielicznych koloniach, należących do Federacji Wetromów, na planecie Staron trzymały się jednak dzielnie. Jak wszystko inne, co wszędzie indziej uznawano za przeżytek, czy wręcz relikty zapomnianej epoki, na tym skalisto-piaszczystym globie przeżywałyby niemalże swój renesans, gdyby nie ogólnie zły stan większości z takich sprzętów. Nowoczesna technologia mimo to docierała na powierzchnię Staron, choć w znikomych ilościach.
Zdezelowany, terkoczący bus podjechał o czasie, zabierając Maksa i troje innych pasażerów. Młody mężczyzna siadł pod jednym z okien, brudnych od starego kurzu i pyłu. Patrząc na przemykające mu przed oczami widoki zaniedbanych osiedli, obdartych z tynku budynków i pochłanianych przez rdzę pojazdów kołowych – pomiędzy którymi tylko od czasu do czasu przemykał jakiś zasilany napędem antygrawitacyjnym – rozmyślał o planach na ten dzień.
Wbrew życzeniu swojej matki, miał zamiar udać się do znajomego, którego kobieta zwyczajnie nie znosiła. Emalo mieszkał w niebezpiecznej okolicy, samemu też świętym nie będąc. Maks mimo to lubił towarzystwo starszego o dwa lata chłopaka, z którym chodził do jednej klasy w szkole średniej. Nie raz wspólnie pakowali się w tarapaty. Nie raz też musieli ryzykować jeszcze większymi problemami, by wydostać się z poprzednich. Emalo nie był znajomością na lata, nie był nawet przyjacielem. Maks doskonale o tym wiedział. Teraz jednak wspólne włóczenie się po mieście, wydawało mu się dobrym sposobem na zabicie codziennej nudy. Musiał jakoś odreagować ostatnie dni spędzone na wydziale chemii - kierunek, na który trafił tylko przez dostępność miejsc - i ciężkie kolokwium, którego na pewno nie zdał. A że później będzie miał przez to problemy z udobruchaniem matki? Miał nadzieję, że po spotkaniu z Emalo, mimo wszystko będzie to jego jedyny problem...
Mijały kolejne minuty, w czasie których autobus opuścił granice miasta Kae, kierując się do pobliskiego Pag. Na całym Staron było niebezpieczne, ale to właśnie w aglomeracjach takich jak Pag – neutralnych miejscowościach, stanowiących tygiel kulturowy tworzony przez przedstawicieli Ganwików, Oekletho i Ludzi, zwanych przez pozostałe gatunki zwykle Wetromami – najbardziej trzeba było na siebie uważać. W teorii miasta te były pod protektoratem gatunku, na terytorium którego się znajdowały – w przypadku Pag, gwarantem bezpieczeństwa miały być siły lokalnej komórki S.W.O.R.P. - ale służby porządkowe zawsze musiały w końcu odstąpić i pozwolić regulować życie mieszkańców im samym i licznym gangom, które ci zwykle tworzyli. Może właśnie dlatego Maks lubił odwiedzać Emalo, mieszkającego w Pag. Adrenalina, jakiej mu to dostarczało, była niemal uzależniająca.
Błękit Wielkiego Morza Egerdel urozmaicał buro-brązową okolicę, tak charakterystyczną dla całej planety. Rachityczna roślinność, która w zdecydowanej większości miejsc na Staraon przez większość czasu trwała w swoistym uśpieniu, ożywiając się w okresach rzadkich deszczów, w pobliżu tego zbiornika wodnego zdawała się być odrobinę bardziej bujna. Pag leżało przy samym wybrzeżu, towarzysząc ulokowanym tu i ówdzie ośrodkom wypoczynkowym, usilnie stroniącym od przynależności do neutralnego miasta. Tworzyły niekiedy małe wioski nastawione niemal wyłącznie na turystykę, okazyjnie wspierając się rybołówstwem. I choć produkcja żywności – również tej mającej pochodzenie wodne – nawet na Staron była zautomatyzowana i skupiona w wielkich fabrykach, zaopatrujących całe rzesze ludności, pokarmy oznaczone łatkami takimi jak "organiczne", czy "naturalne" cieszyły się niesłabnącym zainteresowaniem. Pag z resztą samo w sobie stanowiło atrakcję turystyczną, choć raczej z gatunku tych dla osób o mocnych nerwach. W skali całej Federacji, takie neutralne aglomeracje były swego rodzaju ewenementem, miejscem przyciągającym uwagę.
Bus wjechał do miasta jedną z głównych arterii, sunąc za korowodem zdezelowanych aut osobowych. Kolejne zabudowania, wykonane zgodnie z myślą architektoniczną Wetromów, przesuwały się za oknem, ukazując obraz nędzy, ulic opanowanych przez gangi i wszechobecnego zaniedbania. Prześladowania przedstawicieli jednej rasy przez drugą, potyczki na pięści, czy rozbojów w biały dzień, były tu na porządku dziennym. Aż dziw brał, że sytuacja z Pag nie przenosiła się na tereny sąsiednie, w tym planetarną stolicę Wetromów - Kae. Poza miastami neutralnymi sytuacja była jednak kontrolowana żelazną ręką przez S.W.O.R.P. i ich odpowiedniki na terytoriach Ganwików czy Oekletho, a wszelkie zorganizowane formy przestępczości ścigane. Zawsze gdy zmieniała się władza, nowi kandydaci przedstawiali projekty szeroko zakrojonych zmian i zapewnienia bezpieczeństwa na terytorium neutralnych miast, ale po wyborach zawsze też kończyło się jedynie na powtarzaniu o zagrożeniach tam czyhających i odwiedzaniu takich terenów na własne ryzyko. Pag i mu podobne miejsca trwały niezmiennie w swej formie od stuleci, co najwyżej zajmując z czasem coraz większe tereny i nic nie zapowiadało, by miało się to zmienić.
Autobus zatrzymał się w w głębi Pag, wypuszczając część pasażerów. Maksymilian wysiadł, stając na spękanej kostce brukowej i wciągając charakterystycznie pachnące powietrze, napływające znad morza. Młody Wetrom ruszył pewnym krokiem przed siebie. W Pag nie należało stać zbyt długo w jednym miejscu, nawet w takich miejscach jak przystanek komunikacji miejskiej. Stwarzało to zagrożenie zwrócenia niechcianej uwagi, lub co gorsza bycia posądzonym o pracowanie dla któregoś z tutejszych gangów w charakterze dilera. W tych silnie scentralizowanych ugrupowaniach każdy znał każdego, a pojawienie się kogoś nieznajomego, potencjalnie wykonującego taką właśnie pracę na nie swoim terytorium, mogło różnie się skończyć.
Maks czuł się obserwowany. To uczucie towarzyszyło mu za każdym razem, gdy przyjeżdżał do Pag. Lubił je, paradoksalnie dodawało mu odwagi, wzmagało czujność. Nie mogąc się już doczekać dotarcia do domu Emalo, co chwilę mijał kogoś po drodze. Każdy Oekletho, którego spotkał, ignorował go. Nie dziwiło go to. Oekletho, o ile nie należeli do wąskiego grona przedstawicieli tej rasy obdarzonych inteligencją normalnego poziomu, zwykle w Pag służyli za gońców, sług, czy po prostu niewolników, wykonujących ślepo powierzone im zadania. Gorzej sytuacja przedstawiała się z innymi Ludźmi, czy Ganwikami. Wetromowie w większości również nie zwracali szczególnej uwagi na Maksymiliana, obrzucając go tylko przelotnym spojrzeniem – ot tak, by upewnić się, że nie stanowi dla nich zagrożenia. Był w końcu "swój". Nieliczni, którzy okazywali mu więcej uwagi, widoczni byli zwykle z daleka przez swoje zachowanie. Im oraz wszystkim napotkanym Ganwikom, Maks po prostu starał się schodzić z drogi. Miał już kiedyś nieprzyjemność wpadnięcia na tutejszego Ganwika. Na każde wspomnienie tego zdarzenia, młody Wetrom niemalże znów czuł ból w miejscu, gdzie wówczas uderzyła go masywna pięść olbrzyma. Fizycznie, Ganwikowie nie mieli sobie równych.
Skręcając w jedną z wąskich uliczek, ciasno upchanych między wysokimi budynkami, które w każdym innym mieście byłyby podręcznikowym przykładem ruin, Maks zastanawiał się nad tym, co dzisiaj będą robili wraz z Emalo. Ostatnim razem zwiedzali część miasta zamieszkałą głównie przez Oekletho. Sam nie był zwolennikiem jakiejkolwiek formy prześladowań rasowych, niemniej do dziś z rozbawieniem wspominał żarty, jakie Emalo stroił napotkanym istotom. Ponadto zwiedzanie zabudowań zamieszkałych przez Oekletho, nawet jeżeli nie mających nic wspólnego z konstrukcjami, które ta rasa normalnie wznosiła, miało swój urok. Maksymilian chętnie odwiedziłby tego dnia analogiczną część miasta, zamieszkałą przez Ganwików. To niosło ze sobą dodatkowy zastrzyk adrenaliny, a tego właśnie młodzieniec teraz potrzebował.
Nagłe uderzenie czymś ciężkim w tył głowy i ciemność zalewająca umysł wraz z utratą przytomności, przerwała rozmyślenia Maksymiliana.

2 komentarze:

  1. Już się nie mogę doczekać jutra :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło Cię widzieć. ;)
      A co sądzisz o dodatkowych materiałach do obu powieści? Chętnie czytałabyś rozszerzające uniwersa opowiadania, albo teksty mniej fabularyzowane, a bardziej nastawione na opisywanie miejsc akcji, historii, postaci i innych? :)

      Usuń